Z prywatnych dziejów sentymentalizmu: 6 miesięcy w Anglii

Czas pędzi. Gna. Ucieka. Właśnie się zorientowałam, że od naszej przeprowadzki do Anglii minęło juz prawie pół roku. Pół roku!

Lubię podsumowania. Są takie płaskie i wybiórcze. Pół roku zdarzeń i myśli zostaje skondensowane i sprasowane. Zamiast niezrozumiałego nurtu życia mam tabletkę zawierającą „wszystko, co ważne”. Łatwą do przełknięcia.

A więc krótkimi słowy. Było intensywnie. Szukanie mieszkania, kupowanie łyżek do kuchni, sadzenie kwiatków i tysiące innych małych uroczych chwil. Mnóstwo małych-wielkich spraw, które trzeba załatwić w nowym kraju. W myślach nazywam to zapuszczaniem korzeni.

Było ciekawie. Nowe ulice, nowi ludzie, nowy język (o tak! Mancunian dla mojego niewprawnego ucha nie równał się angielskiemu).

Było inspirująco. Tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze uniwersytet i początek pracy badawczej w doskonałej atmosferze i ze świetnymi intelektualnymi przewodnikami. Po drugie, małe rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy, ale na fali zmian zaczęliśmy robić. Chyba najfajniejsza z nich to niedawne odkrycie (częściowo na nowo) planszówek i RPG.

Było po prostu dobrze. Mimo tęsknoty za tymi, którzy zostali tam za morzem (oh, znowu mieszkamy na wyspie!) i tymi za dwoma morzami (na naszej drugiej [pierwszej?] wyspie). Tej tęsknoty, która pewnie nigdy nie minie, ale ma charakter bardziej sentymentalny niż traumatyczny. Dobrze w naszym nowym życiu. Dobrze z przyjaciółmi, których do siebie zwabiliśmy i tymi, których poznaliśmy na miejscu. Dobrze ze sobą, czy to w deszcu na rowerach, czy w chłodne dni przy kominku (a tak, mamy kominek, znaleziony w piwnicy), czy włócząc się bez celu gdzieś po ulicach nieznanego miasta.

A najkrócej: dobrze zrobiliśmy. Dobrze wybraliśmy czy też dobrze trafiliśmy. Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy mieszkać w Anglii. Kierowaliśmy się w wyborze głównie możliwościami, na co w dłużej mierze złożyła się jakość uniwersytetu i dostęp do zasobów (dla mnie archiwa i biblioteki, dla Davide to nawet nie wiem, jakieś zderzacze czegoś i laboratoria, ważne, że było tak jak należy). Rozważaliśmy jeszcze Stany Zjednoczone (za daleko), Szwecję (za drogo i za zimno), Singapur (ja, Davide się nie wypowiedział) i Niemcy (jak usłyszałam tę propozycję to wymyśliłam Anglię). I tak oto jesteśmy w Anglii. Przynajmniej na czas jakiś.

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy

Dodaj komentarz