Archiwa tagu: wiza

Próśb pokornych racz wysłuchać czyli wizowe zmagania obywateli drugiej kategorii

Stoję dzisiaj rano w tłustej i gęstej kolejce, spoglądając na ponury gmach i czuję się jakbym stała przez Orwellowskim Ministerstwem Miłości. Ze sto czy dwieście osób, niektórzy wystrojeni jak stróż w Boże ciało. Wszyscy cisi i grzeczni, nikt się nie wychyla. Otóż czekamy pokornie, aby pozwolono nam wejść i prosić o pozwolenie na przyjazd do Nowego Świata. Nad nami orzeł, wielki orzeł.

ambasada

Jest godzina 9.30. Zjawiam się punktualnie, bo jestem przekonana, że spotkanie, na które umówiłam się przed miesiącem, odpowiedziawszy na dziesiątki pytań i zapłaciwszy 160 dolarów, to parę minut zarezerwowane dla mnie i urzędnika. Staję więc w masywnej kolejce PRZED ambasadą USA i stoję. Mam szczęście, bo jestem raczej z przodu i w najkrótszej z trzech kolejek. Dobrze, że nie pada i jest ciepło, tak to to już w ogóle by było ponuro. Niestety stoję na tyle daleko, że nie widzę tablicy z przekreślonym laptopem. W końcu informują mnie, że muszę zostawić laptopa w przechowalni, która jest na sąsiedniej ulicy w aptece. Tak, dobrze zrozumiałam, w aptece. Idę do apteki, zostawiam laptopa, płacę i wracam. Już nie muszę drugi raz czekać, pokazuję dokumenty i już… mogę stanąć w kolejnej kolejce, nadal przed budynkiem.

Pokazuję jeszcze raz papiery, przechodzę kontrolę bezpieczeństwa i mogę wejść do środka! Pan z karabinem krąży wokół mnie jak znudzony sęp. W środku dostaję numerek i wchodzę do wieeeelkiej sali, w środku na krzesełkach bardzo blisko siebie siedzą setki ludzi i patrzą w ekran. Wyobraźcie sobie dwieście obrazów taki jak ten powieszonych blisko siebie, tak sobie siedzimy jak w ogromnym tramwaju:

Siadam i patrzę w ekran. Mam ze sobą książkę, ale boję się czytać, bo jak mi wyświetli mój numerek to muszę iść do okienka. Śledzę więce numerki, a jak nie śledzę to oglądam wielką piękną Amerykę na wielkim pięknym ekranie. Siedzę cicho, nawet przez myśl mi nie przejdzie, żeby złamać zakaz i zrobić zdjęcie. W końcu pokazuje się mój numerek. Lecę do okienka, daję papiery, nie zważając na Agambenowskie rozważania o biopolityce daję ochoczo wszystkie dziesięć palców do odciśnięcia, mówię po co chcę jechać do USA i …. idę do kolejnej kolejki.

Tym razem jestem częścią rzędu, który jest numerkiem, jestem więc ułamkiem, jakąś jedną dziesiątą. Jesteśmy już coraz bliżej, więc wszyscy podekscytowani. Oglądaliście Atlas Chmur? Pamiętacie tę scenę, jak klony w płaszczach uroszczyście idą przez halę i śpiewają? O tę:

Screenshot 2016-05-20 18.03.50

Bawiąc się tym skojarzeniem, próbuję nie pamiętać jak się ta podniosła scena kończy. Obok można nawet kupić kawę, ale ostatnie pieniądze poszły na aptekę. Jest strzałka to toalety, ale wolę się zsikać niż przegapić kolejkę.

W końcu wołają nasz rząd. Jesteśmy cali w skowronkach i chętnie byśmy pobiegli, ale idziemy powoli i godnie, bo w końcu to ambasada. Stajemy w kolejce. Teraz to już tylko 10 minut. Dostaję się do okienka. Znowu papiery i palce. Trzy pytania: gdzie, po co, jak to do archiwum, jak długo w UK, podróże. Trwa to może minutę. Pani w okienku, mruczy, że wiza granted i mi przyślą. Z instrukcji wiem, że paszport będę mogła odebrać za parę tygodni. Na szczęście już nie w Londynie, ale w moim miejscu zamieszkania. Tak jak przed wizytą sarkałam, że to niesprawiedliwe, że Polacy jako jedni z nielicznych z UE muszą  te cyrki przechodzić, tak teraz przepełnia mnie wdzięczność. Zgodzili się, żebym przez kilka miesięcy wydawała pieniądze w ich kraju. A zgoda ta kosztowała mnie tylko kilkaset dolarów i kilkanaście godzin, w tym kilka bez sikania i wody. Jadę do Ameryki!