Archiwa tagu: poezja szwedzka

Kropelka szwedzkiej poezji

Po deszczu

Niebo po letnim deszczu jak klisza rentgenowska,
gdzie widać światło i niepewne cienie.
W cichym lesie ani ptaka.
Twoje oko jak kropla rozlana pod chmurą
odbija świat: światło i te cienie.
I nagle wiesz, kim jesteś:
cudzoziemiec zgubiony między duszą a chmurą,
tylko cienka błona obrazu
oddziela głębię świata od ciemności oka.

Lars Gustafsson

„Śnię ciebie, która śnisz mnie…” – Lars Gustafsson o miłości

„Przez lustro” to jeden z najpiękniejszych wierszy, jakie czytałam w ostatnim czasie.  Szwedzkim oryginałem, który wyszedł spod pióra Larsa Gustafssona, niestety nie mogę się rozkoszować ze względu na brak znajomości języka. Pozostają mi polskie tłumaczenia. Mam do dyspozycji dwa i nie mogę się zdecydować, które mi się bardziej podoba. Zobaczcie:

 

Przez lustro

Najdroższa,

śpiąc daleko od siebie,

jednak dzielimy noc

 

i śnimy o sobie.

Gdybym obudził się teraz,

nie byłoby mnie.

 

Śnię o tobie,

która śnisz mnie.

 

Jeśli cię obudzę,

zniknę.

 

Tłum. Zbigniew Kruszyński

 

Poprzez lustro

Najukochańsza

śpiąc tak daleko od siebie

 

dzielimy jednak wspólną noc

I śnimy siebie nawzajem

 

Gdybym teraz się zbudził

przestałbym istnieć.
Śnię ciebie

która śnisz mnie.

 

Jeśli cię obudzę

zniknę.

 

Tłum. Roman Kaźmierski

 

Podobne, ale to jednak nie to samo. Spójrzmy na porównanie. Wytłuściłam fragmenty, które bardziej mi się podobają w porównaniu z drugą wersją.

przez lustro

Bardzo bym chciała przeczytać również wersję angielską, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Błagam, jak ktoś zna/wie/widziała/słyszała to proszę dać znać.

Lars Gustafsson przy pracy. Urokliwy gabinet, prawda?

Szwedzkie domy na odludziu

Istnienie Tomasa Tranströmera odkryłam przedwczoraj. Odkryłam, że urodził się  w Sztokholmie. Że była już prawie wiosna roku 1931. Że grał na pianinie. Że miewał lęki. Że w 1990 roku przeszedł wylew i stracił mowę, ale wciąż tworzy. Że dostał literacką Nagrodę Nobla.

Wczoraj po raz pierwszy przeczytałam jego wiersze. I dałam się wciągnąć w pół straszny, pół piękny sen o białych bezkresach Szwecji, o życiu i śmierci, o podróży z miasta w nienazwaną przestrzeń, którą opisuje nie logika cywilizacji, a język natury.

Poezja Tranströmera  to dużo szarości, ale żadnej szarzyzny. Jego świat jest stonowany, harmonijny w swoim pozornym bezsensie. Mroczny, ale nie przerażający. Zbudowany z wielkich przestrzeni, które czasem kuszą tajemnicą, a czasem porażają pustką.

Poeta, wyraźną kreską formy na rozespanej hipnotyzującej materii treści, prowadzi nas przez sny o domu, podróży, cierpieniach, śmierci, przeszłości. A wszystko wśród płatków śniegu, świerczącego mrozu, w długie zimowe wieczory. Takie jakie w mojej wyobraźni bywają na dalekiej szwedzkiej północy.

Pojadę kiedyś do Szwecji i będę szukać tych domów, tego odludzia:

 

Szwedzkie domy na odludziu

 

Plątanina czarnych świerków

i dymiących promieni księżyca.

Tu zanurzona chałupa

jakby bez śladów życia.

 

Aż rosa poranna zaszemrze,

a starzec otworzy

okno drżącą ręką

i wypuści puchacza.

 

A gdzie indziej

nowy dom paruje

z motylem bielizny

co trzepoce zza węgła

 

w środku umierającego lasu,

gdzie próchnica w binoklach

z żywicy wczytuje się

w protokół korników.

 

Lnianowłose deszcze lata

lub samotna chmura burzowa

nad psem, co ujada.

Ziarno wierci się w ziemi.

 

Wzburzone głosy

twarze mkną po drutach telefonicznych

na karłowatych rączych skrzydłach

ponad milami moczarów.

 

Dom na rzecznej wyspie

wysiaduje swe fundamenty.

Nieustanny dym, palą tutaj

tajne dokumenty lasu.

 

Deszcz zawraca w niebie.

Światło się ślizga po rzece.

Chaty na skraju urwiska pilnują

białych wołów wodospadu.

 

Jesień z szajką szpaków,

która trzyma świt w szachu.

Ludzie ruszają się sztywno

w teatrze rozjarzonych lamp.

 

Pozwól im poczuć bez lęku

ukryte skrzydła

i energię Boga

ciasno zwiniętą w mroku.

 

 (tłum.  z j. szwedzkiego Magdalena Wasilewska-Chmura)