Archiwa tagu: adam zagajewski

Zagajewski na niedzielę: Ciepły deszcz

Poezja Adama Zagajewskiego jest elegancka, miarowa, podszyta melancholią. Czasami jego twórczość zdaje się być wierszami zmęczonego leciwego rewolucjonisty, który z biegiem lat zapomniał o sprawach wielkich i próbuje dotknąć zwyczajności minionych dni. Spójrzcie jak idzie jakąś ulicą, w jakimś mieście, jakiegoś dnia:

Ciepły deszcz

Wieczorem, w obcym mieście, szedłem

ulicą, która nie miała imienia.

Coraz głębiej zanurzałem się w obcość,

w gęstą wiosnę, po stopniach kamiennych.

Padał ciepły deszcz i ptaki śpiewały

cicho; czułość była w ich głosach dalekich.

Syreny statków płakały w porcie,

żegnając się z ziemią znajomą.

W otwartych szeroko oknach kamienic

stały postaci ze snów moich i twoich,

i wiedziałem, że idę w przyszłość, w epokę

minioną, jak pielgrzym do Rzymu.

W tej kawiarni w obcym mieście…

Ten wiersz warto przeczytać dla samej formy. Przyjemności dostarcza już pierwsza warstwa. Strzępki myśli ułożone w wiersz nad kawą i książką, gdzieś tam, w obcym mieście, w Berlinie, w kawiarni. Wspomnienia przepływające obrazami przed oczami nakładają się na rytm teraźniejszości. Zapach, melodia, wątpliwość, nostalgia jak następujące po sobie litery układają się w słowa, które nie muszą nic znaczyć.

Godzinę temu, kartkując tomik wierszy Adama Zagajewskiego „Niewidzialna Ręka” trafiam na „Kawiarnię” i zdanie po zdaniu próbuję przetłumaczyć dla Davide słowo po słowie, sam nastrój, bez głębszych znaczeń. Poniżej wersja oryginalna i tłumaczenia angielskie, na szczęście dla czytających, w wykonaniu nie moim, a Clare Cavanagh.

 

KAWIARNIA

(w Berlinie)

W tej kawiarni w obcym mieście noszącej imię
francuskiego pisarza czytałem Pod wulkanem
ale już z mniejszym entuzjazmem. Jednak trzeba się leczyć,
pomyślałem. Chyba zamieniłem się w filistra.
Meksyk był bardzo daleko, i jego ogromne gwiazdy
świeciły teraz nie dla mnie. Trwało święto zmarłych.
Święto metafor i światła. Śmierć w roli głównej.
Obok kilka osób przy stolikach, różne przeznaczenia:
Rozwaga, Smutek, Zdrowy Rozsądek. Konsul, Yvonne.
Padał deszcz. Czułem małe szczęście. Ktoś wchodził,
ktoś wychodził, ktoś wreszcie wynalazł perpetuum mobile.
Byłem w wolnym kraju. W samotnym kraju.
Nic się nie działo, milczały armaty.
Muzyka nikogo nie wyróżniała; pop sączył się
z głośników leniwie powtarzając: jeszcze się wiele wydarzy.
Nikt nie wiedział, co robić, dokąd iść, dlaczego.
Myślałem o tobie, o naszej bliskości, o tym,
jak pachną twoje włosy, kiedy zaczyna się jesień.
Z lotniska wzbijał się w powietrze samolot,
jak pilny uczeń który wierzy w to,
co mówili dawni mistrzowie.
Sowieccy kosmonauci twierdzili, że nie znaleźli
Boga w przestworzach, ale czy szukali?
2008
CAFÉ
(in Berlin)
In that café in a foreign town bearing a French writer’s
name I read Under the Volcano
but with diminishing interest. You should heal yourself,
I thought. I’d become a philistine.
Mexico was distant, and its vast stars
no longer shone for me. The day of the dead continued.
A feast of metaphors and light. Death played the lead.
Alongside a few patrons at the tables, assorted fates:
Prudence, Sorrow, Common Sense. The Consul, Yvonne.
Rain fell. I felt a little happiness. Someone entered,
someone left, someone finally discovered the perpetuum mobile.
I was in a free country. A lonely country.
Nothing happened, the heavy artillery lay still.
The music was indiscriminate: pop seeped
from the speakers, lazily repeating: many things will happen.
No one knew what to do, where to go, why.
I thought of you, our closeness, the scent
of your hair in early autumn.
A plane ascended from the runway
like an earnest student who believes
the ancient masters’ sayings.
Soviet cosmonauts insisted that they didn’t find
God in space, but did they look?
Translation: 2008, Clare Cavanagh.