Słowa pod(różne): Wrocław

Po dawnym Wrocławiu prowadził mnie Marek Krajewski. Razem z antypatycznym Eberhardem Mockiem chodziłam ulicami o długich niemieckich nazwach, między budynkami z buroczerwonej cegły, setkami kładek i mostów rozpiętymi nad Odrą rozlewającą się w sieć kanałów wypełnionych mętną granatową wodą. Przyjechać ze starego, literackiego Wrocławia do Wrocławia realnego, dzisiejszego było dla mnie nie lada przeżyciem.

Pierwszym kontaktem z miastem żywym, ale dla mnie wciąż zanurzonym w klimacie noir, było studiowanie mapy. Miasto otoczone fosą, wypełniające małe wysepki, pokropione placami zieleni, pozszywane mostami, kładkami, wiaduktami. Topograficzne przygotowanie nie pomogło mi specjalnie, bo zdążyłam zgubić się już na dworcu autobusowym (pięknie odnowionym, przywodzącym na myśl wielki projekt steampunkowy), ale na szczęście trafiłam szybko do Informacji Turystycznej, gdzie skierowano mnie na właściwe tory.

Miasto jest na tyle duże, żeby było tam wszystkiego pod dostatkiem i na tyle małe, żeby człowiek czuł się w nim pewnie i przytulnie. A właściwie nie tylko człowiek, bo we Wrocławiu rozpanoszyły się też krasnoludki, których metalowe postacie liczyłam zawzięcie przez cały dzień (najbardziej podobał mi się ten przy krasnoludzkim bankomacie obok tabliczki „Bank Zachodni – Oddział Krasnoludzki”). Ich liczba rośnie, a związek z upamiętnianiem Pomarańczowej Alternatywy maleje. Wstyd powiedzieć, że naliczyłam 14 (drugie tyle wypatrzył Davide) skoro jest ich podobno 270 z największym skupiskiem na Starym Rynku. Miejscu uroczym, otoczonym kolorowym strzelistymi kamieniczkami i  bramo-tunelami, w których w przeciwieństwie do tych łódzkich nie czai się zło, ale sklepiki, pracownie i kawiarnie.

Zaraz po eksplorowaniu Rynku, żądna kontaktu z przyrodą, powiodłam siebie i Davide na wyspy. Przywitały nas krzyki i śpiewy ptaków, które bezapelacyjnie były gospodarzami tego miejsca. Na piaszczystym cypelku stworzenia te w najlepsze oddawały się odpoczynkowi i rozrywce. Śmialiśmy się, że to państwo multikulturowe, bo razem z białymi i brązowymi łabędziami w płyciznach Odry taplały się gołębie, kaczki i inne niezidentyfikowane przez nas skrzydlate stwory. Do tego dochodziła mała gromadka dzieci i dorosłych zastanawiających się czy tubylcy nie wydłubią ich pociechą oczu.

Po wizycie w ptasim grodzie wybraliśmy się na Ostrów Tumski, który zadowolił moje poczucie estetyki i pobudził wyobraźnię historyczną. Luty lutowy wiatr jednak dość szybko przegnał nas w stronę ciepłych murów kamieniczek i ostatecznie do potężnego gmachu Muzeum Narodowego (a sam gmach zasługuje na uwagę, zbudowany w stylu neorenesansu niderlandzkiego uzupełnionego przez naturę pnączami bluszczu, który latem na pewno rozzielenia całą budowę). Nasyceni sztuką śląską ( w tym wizerunkiem brodatej dziewicy Heleny i obrazem z ruchomymi oczami poruszanymi nakręcanym mechanizmem), widokiem samurajskim mieczy i dziwadłami współczesności wyszliśmy do parku, nad którym górował Anioł Śmierci. Wyjaśniłam pokrótce Davide sens Pomnika Ofiar Zbrodni Katyńskiej i do listy polskich filmów do obejrzenia dopisałam w myślach „Katyń” Wajdy.

Wolnym krokiem poszliśmy w stronę Rynku. Cieszyły nas kolory zmurszałej cegły, czy to gotyckich budowli, czy to dawnych fabryk, czy nowych galerii handlowych (może Łódź już zostawia takie piętno w umyśle, że czerwona cegła to archetyp piękna). Dzięki Oliwii dotarliśmy jeszcze do Synagogi pod Białym Bocianem w dawnej dzielnicy żydowskiej. Bez niej na pewno nie odnaleźlibyśmy też Pomnika Pamięci Zwierząt Rzeźnych w starych jatkach (nie zachwycę się drewnianą zabudową, bo miejsce rzeźni na zachwyt nie zasługuje).

Spacer ulicą Podwale wzdłuż kanału pozwolił mi też rzucić okiem na siedziby policji, prokuratury i sądu. Nie pamiętam czy to właśnie te, gdzie nadwachmistrz Mock jeździł dorożkami przez błoto zerkając niechętnie na Wrocław sprzed kilkudziesięciu lat. Muszę wrócić do tych książek i spróbować nałożyć ich klimat na klimat mojej jednodniowej wycieczki. Krótkiej, ale na pewno nie ostatniej, bo Wrocław zwycięsko przeszedł starcie z moją wizja tego miasta i wciąż kusi mnie swoimi wdziękami.

 

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy

Dodaj komentarz