Niech to będzie dzień

Niech to będzie dzień w początkach sierpnia,

nie ma jaskółek, ale trzmiel jeszcze

próbuje smyczka gdzieś

w cieniu malin.

 

Lekki, nieuporczywy wiatr

niech wieje nad łąkami sierpnia.

 

Bądź tam,

ale nie mów wiele,

tylko muskaj mi włosy

i patrz w oczy

 

z tym uśmiechem

w kąciku oka.

Chciałbym

nie bez ulgi

 

zobaczyć, jak znika świat.

 

Lars Gustafsson, Niech to będzie dzień, z tomu Dziwne drobne przedmioty. Wybór wierszy, tłumaczenie Zbigniew Kruszyński, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

Zagajewski na niedzielę: Ciepły deszcz

Poezja Adama Zagajewskiego jest elegancka, miarowa, podszyta melancholią. Czasami jego twórczość zdaje się być wierszami zmęczonego leciwego rewolucjonisty, który z biegiem lat zapomniał o sprawach wielkich i próbuje dotknąć zwyczajności minionych dni. Spójrzcie jak idzie jakąś ulicą, w jakimś mieście, jakiegoś dnia:

Ciepły deszcz

Wieczorem, w obcym mieście, szedłem

ulicą, która nie miała imienia.

Coraz głębiej zanurzałem się w obcość,

w gęstą wiosnę, po stopniach kamiennych.

Padał ciepły deszcz i ptaki śpiewały

cicho; czułość była w ich głosach dalekich.

Syreny statków płakały w porcie,

żegnając się z ziemią znajomą.

W otwartych szeroko oknach kamienic

stały postaci ze snów moich i twoich,

i wiedziałem, że idę w przyszłość, w epokę

minioną, jak pielgrzym do Rzymu.

Dlaczego Kościół katolicki powinien być za „pigułką po”

Wszystko wskazuje na to, że niedługo w Polsce antykoncepcja awaryjna w postaci „pigułki po” będzie dostępna bez recepty. Zdania są podzielone, niektóre panie byłyby skłonne skorzystać z takiego rozwiązania i są zadowolone, że będzie to łatwo dostępne, niektóre nie i w żaden sposób nie wpływa to na ich życie.

Dostojnicy Kościoła katolickiego burzą się i chmurzą tak jakby oznaczało to, że każda kobieta będzie musiała się taką pigułkę faszerować. A w dodatku popić flaszką wódki, bo alkohol jest dostępny bez recepty w każdym monopolowym i nie tylko. A na koniec oczywiście papieros po, żeby dopełnić dzieła zniszczenia.

Stanowisko Kościoła katolickiego wydaje mi się jednak nieprzemyślane i zwyczajnie mnie dziwi. Widzę w tej sprawie dwie istotne kwestie.

Po pierwsze, Kościół może zająć stanowisko w sprawie słuszności takiego rozwiązania, ale nie ma prawa decydować o uniemożliwieniu skorzystania z niego całej rzeszy mieszkańców Polski, którzy wcale nie są co do jedego i co do jednej katolikami.

Po drugie, Kościół zdaje się traktować wiernych jak małe dzieci, które trzeba trzymać z dala od widoku słodyczy, bo inaczej będą się nimi objadać i grzeszyć, grzeszyć, grzeszyć. Stanowisko episkopatu jest następujące:

„stosowanie tzw. antykoncepcji doraźnej otwiera drzwi do istotnej zmiany kulturowej postaw i relacji międzyludzkich: propaguje swobodę seksualną i brak odpowiedzialności za podejmowanie relacji intymnych, banalizuje seksualność człowieka, niszczy ideał wyłączności relacji między kobietą i mężczyzną oraz pozwala na uwolnienie się od odpowiedzialności za drugiego człowieka”.

Od razu nasuwa się wątpliwość: ale przecież katolik, będący w tym przypadku katoliczką, nie będzie czegoś takiego stosować, choćby wszyscy wkoło ją do tego namawiali. Księża najwyraźniej mają inne zdanie. Pośrednio wynika z tekstu powyżej, że katolicy są odpowiedzialni w relacjach intymnych, traktują seksualność poważnie, kultywują ideał wyłączności między kobietą i mężczyzną, są odpowiedzialni za drugie człowieka tylko ze strachu przed niechcianą ciążą. W momencie kiedy tego zagrożenia nie będzie, bo można będzie połknąć pigułę po, wielu z nich złamie te zasady. A to oznacza nie mniej ni więcej, że to nie wiara nakłaniała ich do tego cnotliwego zachowania, a po prostu strach.

Wprowadzenie „pigułki po” może być więc dla katolików próbą wiary, czystości i innych cnót. Jeśli bowiem nie ma pokusy to nie ma możliwości grzechu. A jeśli nie ma możliwości grzechu to nie można powiedzieć, czy dane zachowania i wartości wynikają z prawdziwej wiary czy też z innych praktycznych pobudek.

Dostojnicy Kościoła postąpiliby o wiele lepiej, gdyby nie walczyli tak drapieżnie o zakaz wprowadzenia „pigułki po” bez recepty, a potraktowali swoich wiernych jak jednostki podejmujące wyboru podług wolnej woli.

P.S. Nie wchodzę tutaj w dygresje na temat wpływu Kościoła na ciało i seksualność swoich wiernych. Wstępując do tej wspólnoty muszą się z tym liczyć i podporządkować (ewentualnie przeprowadzić bunt lub schizmę).

Jak nie napisać pracy dyplomowej (ani niczego innego)

Pisanie wydaje się zajęciem łatwym i przyjemnym. Każdy niepiszący wie, że strumienie liter wytryskują kaskadami spod palców i sama układają się w zdania pełne sensu i niebagatelnego piękna. Każdy piszący zaś pewnie choć raz wpatrywał się w białą otchłań ekranu i nie był w stanie skazić jej ani jednym trafnym słowem.

Jak inni dwudziestoparolatkowie, którzy zdecydowali się studiować mam troszkę doświadczenia w pisaniu pracy dyplomowej, a jeszcze więcej w niepisaniu pracy dyplomowej.  Poniżej przedstawiam kilka rad jak nie napisać pracy dyplomowej. Można je również częściowo zastosować jeśli nie chcemy napisać książki, recenzji i w ogóle czegoś sensownego.

1. Pisz. Zacznij pisać od razu. Nie zastanawiaj się tylko pisz. Nie szukaj informacji, pisz!  Nie trać czasu, pisz!  Nie myśl, pisz!

2. Nie czytaj. Na pewno już wszystko wiesz i nic cię nie zainspiruje. W dodatku możesz zarazić się czyimś stylem, bo to przecież jak wirus.

3. Działaj spontanicznie. Nie ustalaj żadnego planu, a nuż jak będziesz mieć wenę to napiszesz wszystko w jedną noc.

4. Bądź jak tajny agent. Nie rozmawiaj z innymi o tym nad czym pracujesz. Nie pytaj nikogo o zdanie. Nie dziel się swoimi sekretami. Nie mów o sukcesach ani o porażkach. Nie pomogą, a wręcz mogą ukraść ci temat, pomysły, litery, ba nawet komputer.

5. Odpręż się na fejsbuczku. Co 10 minut. Na 10 minut.

6. Pisz 16 godzin dziennie. Przynajmniej. Jak już nie możesz to i tak pisz dalej. Może umrzesz w trakcie i problem z głowy. Nie oglądaj filmów. Nie spotykaj się z przyjaciółmi. Nie miej zainteresowań. W skrócie: nie miej życia prywatnego. Na to przyjdzie czas jak już napiszesz. O ile istnieje jakieś życie „po”.

7. Unikaj otwartych przestrzeni. Szczególnie tych skażonych zielenią i czystym powietrzem. Inhaluj się kurzem ze starych ksiąg i kuruj maścią z bakteri z klawiatury.

8. Nie marnuj czasu na gotowanie i jedzenie. Nie daj ukraść sobie kolejnych minut z życia, żeby zadośćuczynić tej upokarzającej biologicznej czynności. Jedz fast foody. Jak cię nie stać na fast foody to rób sobie codziennie kanapkę z serkiem topionym. Popij kawą. Ewentualnie colą lub napojem energetyzującym.  Jak poczujesz, że tracisz siły zjedz batonika. Jak nie stać cię na batonika to wyjedz cukier z cukierniczki w bufecie w bibliotece. Łyżeczka po łyżeczce. Nikt się nie zorientuje. Możesz też zrobić spichlerz z własnej klawiatury.

9. Nie rób notatek, zapamiętasz. Czy to genialny pomysł czy jakiś drobiazg to na pewno nie warto na to marnować rysika z ołówka. Skoro ta myśl raz przebiegła przez twoją głowę to na pewno jest gdzieś tam na zwojach mózgowych i w każdej chwili można do niej sięgnąć.

10. Zapisuj fragmenty pracy w różnych folderach pod nazwami takimi jak „ważne”, „kfdnud”, „fragment”, „xx”, „czesc1”.  Nie rób kopi zapasowych. Nie wysyłaj sobie fragmentów na maila.

Jeśli zaś chcesz szybko i efektywnie napisać pracę dyplomową lub inne wiekopomne dzieło jest tylko jedno rozwiązanie:

Z prywatnych dziejów sentymentalizmu: 6 miesięcy w Anglii

Czas pędzi. Gna. Ucieka. Właśnie się zorientowałam, że od naszej przeprowadzki do Anglii minęło juz prawie pół roku. Pół roku!

Lubię podsumowania. Są takie płaskie i wybiórcze. Pół roku zdarzeń i myśli zostaje skondensowane i sprasowane. Zamiast niezrozumiałego nurtu życia mam tabletkę zawierającą „wszystko, co ważne”. Łatwą do przełknięcia.

A więc krótkimi słowy. Było intensywnie. Szukanie mieszkania, kupowanie łyżek do kuchni, sadzenie kwiatków i tysiące innych małych uroczych chwil. Mnóstwo małych-wielkich spraw, które trzeba załatwić w nowym kraju. W myślach nazywam to zapuszczaniem korzeni.

Było ciekawie. Nowe ulice, nowi ludzie, nowy język (o tak! Mancunian dla mojego niewprawnego ucha nie równał się angielskiemu).

Było inspirująco. Tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze uniwersytet i początek pracy badawczej w doskonałej atmosferze i ze świetnymi intelektualnymi przewodnikami. Po drugie, małe rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy, ale na fali zmian zaczęliśmy robić. Chyba najfajniejsza z nich to niedawne odkrycie (częściowo na nowo) planszówek i RPG.

Było po prostu dobrze. Mimo tęsknoty za tymi, którzy zostali tam za morzem (oh, znowu mieszkamy na wyspie!) i tymi za dwoma morzami (na naszej drugiej [pierwszej?] wyspie). Tej tęsknoty, która pewnie nigdy nie minie, ale ma charakter bardziej sentymentalny niż traumatyczny. Dobrze w naszym nowym życiu. Dobrze z przyjaciółmi, których do siebie zwabiliśmy i tymi, których poznaliśmy na miejscu. Dobrze ze sobą, czy to w deszcu na rowerach, czy w chłodne dni przy kominku (a tak, mamy kominek, znaleziony w piwnicy), czy włócząc się bez celu gdzieś po ulicach nieznanego miasta.

A najkrócej: dobrze zrobiliśmy. Dobrze wybraliśmy czy też dobrze trafiliśmy. Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy mieszkać w Anglii. Kierowaliśmy się w wyborze głównie możliwościami, na co w dłużej mierze złożyła się jakość uniwersytetu i dostęp do zasobów (dla mnie archiwa i biblioteki, dla Davide to nawet nie wiem, jakieś zderzacze czegoś i laboratoria, ważne, że było tak jak należy). Rozważaliśmy jeszcze Stany Zjednoczone (za daleko), Szwecję (za drogo i za zimno), Singapur (ja, Davide się nie wypowiedział) i Niemcy (jak usłyszałam tę propozycję to wymyśliłam Anglię). I tak oto jesteśmy w Anglii. Przynajmniej na czas jakiś.

Szanować to nas, a nie my

 

To będzię wypowiedź subiektywna i na szybko. Pod wpływem wzburzenia. Hojnie zaprawionego smutkiem. Być może się mylę. Jeśli tak to dajcie znać. Chętnie zmienię zdanie.

A rzecz dotyczy nienawiści. Z domieszką prostactwa i okrucieństwa. Płynących prosto z polskiej duszy. (Jeśli dusza istnieje, w dodatku dusza narodowa, ale załóżmy, że mówimy o pewnej tendencji typowej dla polskiej mentalności).

Zaczęło się tak. Umiera polska studentka. Spadła z bulwaru w Sewilli. Potknęła się o murek, robiąc sobie zdjęcie na tle rzeki, tzw. „selfie”.

Śmiech. Idiotka. Kretynka. Nie ma mózgu. Śmiech. Selekcja naturalna. Dać jej nagrodę Darwina. Śmiech. Dobrze jej tak. W locie wysłała, hahaha. Może dobre ujęcie wyszło jak spadała, postawi sobie na trumnie. Lol. Jednej idiotki mniej. A dzióbek zdążyła zrobić? Jak jest tępa to niech ginie. Debile sami się eliminują. Zdążyła udostępnić? Odlotowo!

Buahahahahahaha.

Nie, to nie tajemne myśli psychopaty. To komentarze, które pojawiają się pod artykułem o śmierci tej dziewczyny na fanpage’u tvn24. To nie anonimowe wypowiedzi. Koło każdej widnieje imię i nazwisko życzliwego. Takich wypowiedzi są dziesiątki. I każdą czytają setki osób. Prawdopodobnie także rodzina i przyjaciele zmarłej.

Pośród wyszydzania i obrażania pojawia się też kilka głosów sprzeciwu:

Kąśliwość Waszych komentarzy powala, na pewno nikt z Was nigdy nie zrobił sobie zdjęcia. Nikt też zapewne się nie potknął. To taka straszna głupota chcieć zrobić sobie zdjęcie w pięknym miejscu.

Nikt z was nie wie w jakich okolicznościach skończy… Przykra sprawa że gdzieś jest rodzina która cierpi z powodu utraty bliskiej osoby a stado baranów potrafi tylko dokręcić śrube!

Trudno się czyta Wasze komentarze. To jest ogromna tragedia i naprawdę większość komentarzy jest nie na miejscu, tym bardziej, że nikt z Was nawet nie wie jak miejsce wypadku wygląda. Ten murek jest bardzo niski, sięga mniej więcej niewiele powyżej kolan i wielokrotnie przechodząc tą ulicą zastanawiałam się jak to możliwe, że jest on niezabezpieczony w tak turystycznym miejscu, ale Sevilla rządzi się swoimi prawami… Najszczersze kondolencje dla rodziny.

Może Was to nie dziwi. Może powiecie, że Internet jest pełen tego typu komentarzy. A mnie to dziwi. Mnie to oburza. I wierzę, że można inaczej.

Na bieżąco przeglądam stronę na Facebooku serwisu z wiadomościami „Manchester Evening News”, bardzo popularnego, często piszącego o sensacjach i ciekawostkach. Miasto jest wielkie i często zdarzają się wypadki i inne tragedie. Spójrzcie w jakim tonie była utrzymana większość komentarzy do wiadomości, że 17-latek został zgwałcony w parku.

Mam nadzieję, że szybko złapią tych zwyrodnialców

Biedny chłopiec

Jesteśmy z tobą!

Straszna wiadomość

Trzymam kciuki, żeby ten młody mężczyzna szybko doszedł do siebie

To przerażające, nigdzie nie można być teraz bezpiecznym

Coś okropnego

Tak, oczywiście przy niektórych newsach pojawiają się też nieprzychylne, złośliwe lub głupie komentarze. Ale to jest mniejszość i na każdego „wyszydzacza” przypada kilkadziesiąt osób, które mu powiedzą co o tym myślą.

Dla porównania. Reakcje Polaków na wiadomość, że Brytyjczyk został zgwałcony w toalecie podczas Oktoberfestu:

„miłość” nie patrzy na miejsce, atakuje od tyłu :D

To ci z LPGBT tez gwalca ?????. Nie dowiary. Na tych wystawach na przyczepach, ktore jezdza ulicami miast tego nie widac !!!.

Części rowerowe się nie zrozumiały.

Cholerny Anglik nie wiedział co to tolerancja dla mniejszości seksualnych

Spójrzcie jeszcze na wybrane polskie komentarze do artykułu „Dziś jest dzień targowy. Tak dżihadyści handlują kobietami”, także na Facebooku serwisu tvn24:

Kupilbym takie 2 jedna do kuchni druga do sprzatania [8 osób lubi to]

nie wyglądają zachęcająco dam 2 banany…

Tanie pewnie :) a kolega zamawia jeszcze jedna

Oo wezme 3

A Polki zagranicą i tak dają im d**y i wychodzą za nich za mąż…  smutne ale prawdziwe…niestety…

To są właśnie typowe tępe i glupie nacje w turbanach…ich rozwój umysłowy zatrzymał się jakieś 500..600 lat wstecz…potrafią tylko drzec mordy,latać z kalachami i paść kozy..

A tutaj proponowane rozwiązania problemu:

Ta dzicz może zalać cywilizowany świat, więc trzeba ją wyrżnąć w pień, innej metody nie ma.

Zrzucic tam atomowke i po problemie.

Wybić skur…li i zdelegalizować wszystkie religie

wybić tych islamistów co do jednego

Jedna osoba pyta „Ale jak im można pomóc?!” [zero odpowiedzi, zero lajków].

Podziwiam wszystkie osoby, które próbują dyskutować z tą prymitywną mową nienawiści.

Czasami mam wrażenie, że zachowujemy się jak dzieci, które zachłysnęły się wolnością słowa i wykrzykują wulgaryzmy i wszystko najgorsze, co im przyjdzie do głowy. W dodatku wylewa się z nas nienawiść, szowinizm, frustracja, poczucie niższości, gniew.

Jeśli w końcu nie nauczymy się empatii, jako jednostki i jako społeczności, to będziemy nadal gnić w swoim jadzie, próbując pluć nim na wszystko i wszystkich wkoło.

 

Brzydkie słówka: kurwa

  • Kurwa mać! – rzekłam rozlawszy kawę po wszystkich powierzchniach w promieniu metra.
  • Co tym razem otwiera hasło? – uprzejmie spytał Davide z drugiego pokoju. Najwyraźniej rzekłam nieco głośniej niż zamierzałam.

Wdrażanie w polskość poprzez edukację filmową chyba daje pierwsze rezultaty. Poprzedniego wieczoru podczas oglądania „Seksmisji” nawet nie musiałam komentować sceny, w której Maksio poprzez wypowiedzenie popularnego polskiego przekleństwa otwiera drzwi na powierzchnię (swoją drogą drzwi do starego świata), by wywołała ona salwę śmiechu.

 

Nie mogłam jednak powstrzymać się przed wyjaśnieniem popularnego lingwistycznego nieporozumienia. Otóż słowo kurwa nie pochodzi od łacińskiego curvus – krzywy, ani nawet włoskiego curva – zakręt, krzywa.

Kurwa jest swojska, do rdzenia słowiańska. Jej etymologii należy doszukiwać się w żeńskiej formie prasłowiańskiego wyrazu kurczyli kogut, który sam w sobie odnosi się do dźwięków wydawanych przez to zwierzę. Słowo kury i wyrosłe z niego kurwa oznaczało samicę koguta czyli po prostu kurę, a z biegiem czasu także kobietę lekkich obyczajów.

 kura

Wyjaśnienie to podaje Wiesław Boryś w najnowszym słownik etymologicznym, uzasadniając je między innymi analogią do zmiany francuskiego słowa coccotte.

Nieco starsza teoria Andrzeja Bańkowskiego mówi, że słowo kurwa oznaczało początkowo kobietę niezamężną, a pejoratywnego zabarwienia nabrało wraz z wejściem w użycie wyrazu kurew – syn niezamężnej matki, syn nieznanego ojca.

W średniowiecznej Polsce użycie wobec kogoś słowa kurwa często było powodem bójek. Poświadczają to akta sądowe, w tym akta sprawy z 1415 roku. Aby uniknąć podobnych awantur używanie tego określenia zostało prawnie zakazane.

 

Wydaje się to całkiem zrozumiałe w dobie, w której testów na ojcowstwo nie było, a podejrzenie bycia dzieckiem pozamałżeńskim mogło wiązać się z wydziedziczeniem. Tak więc honor honorem, ale tu też grube pieniądzę wchodziły w grę.

Obecnie możemy obserwować kolejne przesunięcie semantyczne, które doprowadziło do rozgałęzienia znaczeniowego.

Słowa kurwa używa się współcześnie w następujących znaczeniach/funkcjach:

1.  Wyrażenie gniewu lub zaskoczenia.

Przykład. O k….!

2. Wyrażenie podziwu.

Przykład: Ale k…. wielki!

3. Wyrażenie szeregu innych uczuć: satysfakcji, bólu, radości.

Przykład: Ale się k…. ubawiłem!

4. Podkreślenie znaczenia danego wyrazu.

Przykład: Dzisiaj jest tak k…. zimno!

5. Wyrażenie ironii.

Przykład: Łódź, kurwa!

6. Zapełnienie luki w zdaniu wynikające z niemożności znalezienia odpowiedniego słowa.

Przykład: No, to, wiesz, to k….., jak to się nazywa…

7. Obraźliwe wyrażenie antypatii do osoby lub rzeczy.

Przykład: Co za k….!

8. Obraźliwe określenie prostytutki lub osoby prowadzącej promiskuityczny tryb życia.

Przykład: Ale z niej k…..!

Można przypuszczać, że w związku ze zmianami w obyczajowości słowo kurwa przestanie być używane w ostatnim wymienionym znaczeniu. Trudno stwierdzić czy kiedyś zatraci swój wulgarny charakter i wzbogaci język publiczny. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się urocze, że kiedyś moglibyśmy powiedzieć na przykład: Przywitajmy oklaskami nowego premiera, którego tak kurwa wybitne kompetencje będą służyć całemu kurwa społeczeństwu.

Ferment w mieście rewolucji

Dlaczego Manchester?

Dzisiaj 10 oficjalnych powodów, dla których warto odwiedzić kreatywną stolicę Północy. A może nawet zatrzymać się tu na dłużej. W każdym razie „Mankunianie ” mają powody do dumy.

  1. Rewolucja przemysłowa.

Tutaj zaczęła się historia nowoczesnej Europy, z wszystkimi jej dobrodziejstwami i przekleństwami. Przemysłowe miasto rosło i pęczniało, a wraz z rzeszą nowych ludzi pojawił się tłok i choroby. Krwią i potem robotników budowano system kanalizacyjny, by poprawić warunki sanitarne w mieście. W Muzeum Nauki i Przemysłu możemy przespacerować się kanałami, zobaczyć dawne toalety, rodzaje rur i maszyn, żeby zrozumieć, jak wiele mieszkańcy zawdzięczają czystej wodzie.

 

W manchesterskich fabrykach kilkuletnie dzieci dławiły się bawełnianym kurzem, ale też tutaj zaczęły powstawać silne związki zawodowe, organizacje dobroczynne i idee aktów prawnych chroniących pracowników. To właśnie tutaj w pierwszej publicznej bibliotece anglojęzycznego świata…

  1. …Marks i Engels zaczynają pisać Manifest Komunistyczny.

Kiedy Karol Marks przyjechał do Manchesteru, gdzie mieszkał Engels i gdzie powstała jego książka „Położenie klasy robotniczej w Anglii”, spotkali się w bibliotece Chetham, której podwoje były otwarte dla każdego żądnego wiedzy.

 

3. Pomysł na Harrego Pottera.

J. K. Rowling w kiepskim humorze w spóźnionym pociągu (uwierzcie, to nie zdarza się często, przypadek?) z Manchesteru do Londynu wpadła na pomysł opowieści o chłopcu-czarodzieju.

 

  1. Muzyka, dużo dobrej muzyki.

Wśród domków z czerwonej cegły, w deszczu, nad siwymi nitkami kanałów zaczynają grać Herman Hermits, Joy Division, The Smiths, Stone Roses, Oasis. Do tego musimy dodać pierwszy koncert Sex Pistols i wybuch punkrocku.

  1. Bo ja mogę teraz to pisać, a Wy przeczytać czyli pierwszy komputer.

Pierwszy komputer świata został skonstruowany i uruchomiony na Uniwersytecie w Manchesterze w 1948 roku. Maszynę pieszczotliwie nazwano Baby, bo zajmowała „tylko” jedno pomieszczenie. Obecnie imię jego twórcy Alana Turinga nosi budynek, gdzie mieści się Wydział Matematyki Uniwersytetu w Manchesterze. A to tylko jedno z długiej listy osiągnięć tej uczelni.

  1. Ceglany uniwersytet i intelektualny ferment.

Uniwersytet w Manchesterze to jeden z tak zwanych „red brick universities” czyli uczelni powstałych w przemysłowych miastach, gdzie o przyjęciu decydowały nie tylko pieniądze rodziców, ale też intelektualny potencjał i ciężka praca. Uczelnia może pochwalić się 25 (sic!) laureatami Nagrody Nobla. To właśnie tutaj przed kilku laty wynaleziono grafen, co także zostało nagrodzone tym prestiżowym wyróżnieniem.

Przedstawiciele nauk humanistycznych też mają się czym pochwalić. Manchesterska szkoła antropologii, nurt zapoczątkowany przez Maxa Gluckmana, zyskała sławę dzięki naciskowi na metodę „case study ” i analizę konfliktów klasowych.

Uniwersytet rozwija się bardzo dynamicznie i od 2007 roku liczba studentów, próbujących dostać się tu na studia jest najwyższa spośród wszystkich brytyjskich uczelni.

  1. Wynaleźć lek na raka.

W Manchesterze znajduje się ośrodek prowadzący pionierskie badania mające na celu wynalezienie leku na chorobę nowotworową. (+ Kolejny punkt dla Uniwersytetu, który w tym uczestniczy).

8. Sufrażystki.

Kilka ulic od siedziby uniwersytetu urodziła się założycielka ruchu sufrażystek, Emmeline Panhurst, która uwierzyła, że jej przeznaczeniem nie jest bycie „maszyną gospodarstwa domowego”.  Wraz z pięcioma innymi kobietami w swoim robotniczym mieście w 1903 roku założyła Women’s Social and Political Union. Z hasłem „Czyny, nie słowa!” sufrażystki wyszły na ulice i wywalczyły dla kobiet prawa wyborcze.

  1. Piłka nożna.

Pewnie znacie się na tym lepiej ode mnie, więc wiecie, o co chodzi.

  1. Niepowtarzalny styl.

Z czerwonej cegły i gotyckich łuków można zbudować naprawdę wiele. Mieszkańcom Manchesteru udało się stworzyć nie tylko kamienne piękno, ale i niesamowitą atmosferę.

Podsumujmy to polskim akcentem: i co z tego skoro ciągle pada?

Nieprzetłumaczalne: tęsknota za podróżą

 

W zakamarkach niemieckiej duszy wciąż przewija się ten element. Pęd ku nowemu, nieznanemu, odległemu. Siła życiowa, która nie pozwala stać w miejscu.

Splot uczuć skomplikowany, acz zdarzający się tak często, ze stopiony w jedno słowo.

Niemieckie Wanderlust to silne pragnienie poznawania świata, impuls, który popycha nas do podróżowania i wędrowania. Słowo to powstałe z wyrazów wandern (wędrować) i Lust (pragnienie) pojawiło się już w średniowieczu. W XIX wieku w okresie romantyzmu opisywano nim potrzebę pieszych wędrówek i zbliżenia człowieka z naturą. Obecnie Wanderlust odnosi się do konieczności zmiany, która może być wynikiem chęci ucieczki od problemów lub potrzeby samorozwoju poprzez spotkanie z nieznanym i stawienie czoła wyzwaniom.

Tęsknota za podróżą zaś wyrażana jest słowem Fernweh. Wyraz ten stworzono w opozycji do Heimweh – tęsknoty za domem. Próbując pojąć pełnię tego pojęcia odnieśmy się do jego źródłosłowia: fern – odległy, daleki, weh – ból duszy, boleść.

Fernweh to zatem bolesne pragnienie bycia gdzie indziej, podróżowania do dalekich miejsc, tęsknota za czymś odległym, być może za miejscem, gdzie nigdy nie byliśmy.

Manchester – zacznijmy od początku

Od początku czyli od słowa.

Manchester. Man. Chester.

Drugiej części możemy być pewni. Pochodzi od staroangielskiego ceaster, oznaczającego miasto/miejscowość. To zaś wywodzi się od łacińskiego castra czyli obóz/fort. Podbijając Brytanię w I wieku p.n.e. Rzymianie założyli fort na terytorium zajmowanym przez celtyckie plemię Brygantów. Rdzenni mieszkańcy nazywali swoją osadę Mamucio.

Tutaj zaczynają się wątpliwości. Przypuszczalnie nazwa ta opisać miała miejsce jako wzgórze w kształcie piersi od celtyckiego słowa mamm – pierś.

Inna teoria mówi, że źródłosłowia należy doszukiwać się w brytońskim mamma – matka, które oznaczać miało przepływającą tamtędy rzekę-matkę Medlock. Niewkluczone także, że wywodzi się od słowa mam, które po irlandzku oznacza kobiecą pierść, a po walijsku matkę.

Rzymianie zastawszy tę nazwę zlatynizowali ją do formy Mamucium, która około XI wieku przekształciła się w Mameceastre. Zapis nazwy ewoluował, aż w XVI wieku osiągnął formę Manchestere, najbliższą nazwie współczesnej.

Często zdziwienie budzi fakt, że mieszkańców Manchesteru określa się mianem Mancunians. Kto pamięta o rzymskim forcie Mamucium nie będzie zaskoczony.