O wrześniowej Łodzi słów kilka

no

Dziś będzie nieco nostalgicznie, nieco osobiście.

Ikonka z prognozą pogody na moim pulpicie szarzy się chmurami i deszczem. Elektroniczny termometr zatrzymał się na 10 stopniach i nie drgnie ani jednym pikselem.

Nie muszę patrzeć za okno. Czuję ciepłe światło rozlewające się po skórze pleców. Delikatny wiatr od gór drażni przezroczyste włoski na moim karku. Bosą stopą wystukuję rytm na chłodnej posadzce. Mrożona herbata mdleje pod naporem gorącego powietrza.

A nad głową Kościuszki zbierają się ciemne chmury. Tak się zbierają zupełnie beze mnie, zupełnie gdzie indziej.

Fontannę na placu Dąbrowskiego pewnie już wyłączyli. A może jeszcze nie. Nie wiem, bo i skąd mam wiedzieć. Nie mijam już tego miejsca na rowerze. Nie siadam za szybą restauracji naprzeciw Colegium Anatomicum. Tą szybą, w której zwykle odbijają się wszyscy, którzy idą z uniwersytetu na Piotrkowską. I z powrotem.

Tytani znudzeni podpatrywaniem ludzików w płaszczach, które znikają w kawiarni pod nimi (gorąca czekolada, dwa piwa, sczytana gazeta), już tylko podtrzymują świat.

Podobno zabrali Uszatka i gwiazdy z Piotrkowskiej.

Tramwaje jeżdżą leniwie i słodko jak zawsze.

Maniek, co wystaje w bramie mojej kamienicy, musiał wyciągnąć z szafy kurtkę i rękawiczki, żeby mu dłoń do puszki nie przymarzła.

W BULe przyciemnione szyby nie szukają już promieni słońca, które mogłyby zatrzymać. W bufecie pewnie jak zwykle nie ma kawy.

Idąc do Instytutu Historii jeszcze nie tonie się w liściach przechodząc z głową wciśnięta w kołnierz przez park Staszica.

 

W tym momencie dominanta nostalgiczna ustąpić musi miejsca dominancie osobistej.

 

To już drugi wrzesień z kolei, którego nie spędzam w Łodzi.

A niesamowita jest Łódź wrześniowa. (O tak, łatwo mi mówić, bo nie tonę w błocie, bo mój tramwaj się nie spóźnia, bo nie muszę nosić grubych rajtuz i szalika)

Bo Łódź to miliony małych wspomnień – w kamieniach, drzewach, szyldach, barierkach, ulicach, zakrętach, zaułkach, kawiarniach, pomnikach, szarościach, szorstkościach – moje prywatne lieux de mémoire.

I nie wiem już czy za Łodzą tęsknię czy za przeszłością. Za tym wszystkim, czego nie było, a jednak minęło.

We wrześniu, tym małym końcu i początku, Łódź w mojej głowie jeszcze bardziej pęcznieje i ciąży. Magnetyczny urok tego miasta przypomina mi wszystkie rzeczy, dla których chciałabym tam być nie tylko w te pierwsze jesienne dni:

  •  ludzie, ludzie, ludzie – przyjaciele, znajomi, nieznajomi, mijani na ulicy, zauważeni z tramwaju linii 46, zmarli, oczekiwani, od dawna nie spotkani, zapomniani, wspominani
  • życie kawiarniowe – czytanie, rozmowy, muzyka, jedna kawa sączona trzy godziny, 4 kieliszki wina wypite prawie na raz, przegadane godziny, obiady w Green Way, umawianie się na pasażu Schillera, szachy w Bibliotece, ciemne kąty Nostalgii
  • wartka żyła Piotrkowskiej, z wąskimi wejściami do bram, szerokimi podwórkami, antykwariatami, kwiatami na balkonach, zbyt kolorowymi smokami, klubami, pubami, krętymi schodkami, kwadratowymi schodami, fontannami, złotawą ławeczką, pasażem aż do mojej szkoły, wieżyczką na Wydziale Filologicznym
  • czerwony rower z koszykiem z przodu, w nocy, przez centrum
  • szarość i złoto jesieni w trzeźwym powietrzu, w którym wisi już zima

Ten klimat sprzyja refleksji, intelektualnemu skupieniu, namysłowi. Słowa lepiej smakują. Jeśli czytać to najlepiej w Łodzi.

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy

Dodaj komentarz