Polsko-włoskie lądowanie na Księżycu czyli wyprawa na Etnę

etna2

Na wstępie spieszę przeprosić za kilkudniowe zaniemówienie.

(Jego powodem było oniemienie, a być może nawet syndrom Stendhala. Przypadłość ta, zwana także syndromem florenckim, to rodzaj zaburzeń psychosomatycznych po obejrzeniu zbyt wielu wspaniałości, zabytków i dzieł sztuki.

W skrócie: poświęciłam kilka dni na eksplorowanie i podziwianie Sycylii.)

Ale dziś nie będzie ani o ruchach pędzla, ani o grudkach farby na płótnie, ani o zimnym marmurze. Będzie o ziemi, kamieniach i dziurach. Będzie o Etnie.

Fenicjanie nazywali Etnę słowem „attuna”, które oznacza komin. Komin to w rzeczy samej zacny, bo liczący ponad 3 tysiące metrów.

Sycyliczycy mówią na niego po prostu Góra.

Wyruszyliśmy z Palermo wczesnym popołudniem. W 5 minucie wycieczki, jeszcze w mieście, kierująca pojazdem (czyli małym granatowym szybko poruszającym się czymś) ustąpiła nam pierwszeństwa, po czym ruszyła i uderzyła nas w bok.

Sycylijski wypadek składał się w równych proporcjach z krzyków, przekleństw i trąbienia klaksonów. Potrwał dłuższą nerwową chwilę, po czym każdy odjechał w swoim kierunki. My, pokrzywdzeni, w dodatku ze sprutymi drzwiczkami.

W tak szampańskich humorach ruszyliśmy nadmorską autostradą, pilnując by nie zgubić reszty naszej ekipy jadącej drugim autem. Kiedy skręciliśmy autostradą w głąb lądu wielki błękit nad postrzępionym wybrzeżem zamienił się w falowaną powierzchnię żółtozielonych wzgórz. Mijaliśmy pola oliwek i winorośli, ruiny małych ufortyfikowanych gospodarstw, stada krów i owiec na łagodnych stokach.

Po wczorajszej burzy chmury nadal czaiły się nisko nad górami, oplatając je białymi pierścieniami. Krajobraz zmieniał się płynnie wraz z przejechanymi kilometrami. Pod koniec drogi ściany gór niepokojąco zaczęły przypominać scenerię z filmu Wzgórza mają oczy (nie polecam ? ani filmu, ani jego reminiscencji podczas podróży z prawie pustym bakiem).

Czarny masyw Etny zaczął wyłaniać się powoli i rósł na naszych oczach. Domki Katani rozlewały się od jego podnóża aż do morza, którego rześki błękit majaczył już na linii horyzontu. Zjechaliśmy na mniejsze drogi, a z nich na jeszcze mniejsze i bardziej kręte. Wjeżdżając na wulkan minęliśmy miasteczko Nicolosi.

  • W tym miasteczku wiele budynków zbudowano z lawy wulkanicznej. Spójrzcie na czarny kościółek po lewej – powiedziałam.

  • Dobra, dobra, jedziemy.

Pojechaliśmy dalej. Drzew jakby zaczęło ubywać. Pojawiła się roślinność, której nie widzieliśmy nigdzie indziej (i w rzeczy samej widzieć nie mogliśmy, bo występuje wyłącznie tutaj). Sady i winnice, domki, niewielkie miasteczka – aż do wysokości 1000 metrów nad poziomem morza życie toczyło się jak wszędzie indziej. Wyżej kawałek po kawałku robiło się coraz bardziej pusto.

SONY DSC

Złogi czarnoszarej lawy najpierw widoczne tylko gdzieniegdzie już za chwilę pokrywały całe zbocza. Szorstka skorupiasta powierzchnia przepuszczała coraz mniej małych roślinek. Minęliśmy dach domu, wystający z zastygniętej lawy. Widać było tylko kawałek pustego oczodołu okna i smętnie sterczący komin.

Oglądając po drodze krajobrazy wschodniej Sycylii dotarliśmy na „taras Etny” – najwyżej położony punkt, gdzie można dotrzeć samochodem osobowym. Wyskoczyliśmy samochodu i natychmiast zaczęliśmy ściągać z siebie letnie ubrania. Boso i w majtkach na parkingu włożyliśmy długie spodnie, kurtki, rękawiczki i czapki. Wyglądaliśmy jak banda clownów i tak też postanowiliśmy eksplorować okolice.

Zjedliśmy po dużej porcji makaronu z wczorajszej kolacji i poszliśmy do najbliższego krateru. Zdziwił nas potężny nalot biedronek, które spadały wprost na nas z zimnym powietrzem lub po kilka tkwiły na kamieniach. Później przeczytaliśmy, że silny wiatr przywiewa je tutaj, gdzie nie mają pożywienia ani schronienia, na pewną śmierć.

SONY DSC

Rozbiegliśmy się po czarnej i czerwonej ziemi, braliśmy kamienie i piach w gołe dłonie, przyglądaliśmy się dziwnej powierzchni. Drugi krater położony był w niewielkiej odległości, ale żeby do niego dojść trzeba było brodzić po łydki w grząskiej ziemi i po nozdrza w wulkanicznym pyle.

SONY DSC

Ponury księżycowy krajobraz kontrastował z głębokim błękitem nieba i subtelną bielą chmur. Miasteczka w dole zdawały się być rozrzuconymi klockami. Czubek wulkanu sterczał nad nami osnuty gęstą parą.

SONY DSC

Eksplorowanie kraterów i pobliskich wnęk, skałek, pogórków sprawiło, że nawet ci najbardziej odważni, którzy chcieli zdobyć szczyt zrezygnowali z tego pomysłu. Wjazd kolejką lub jeepami odrzuciliśmy ze względu na zbyt wysoki koszt.

Sesja fotograficzna, spychanie się do kraterów, wspinania, skakanie i wskoczyliśmy z powrotem do samochodów. W międzyczasie mgła zaczęła otaczać nas ze wszystkich stron, a słońce obniżyło się i powoli opadało.

SONY DSC

Zjeżdżaliśmy powoli sycąc się widokami. W pewnym momencie niebo wydawało się być sękaczem, którego warstwy nasączono kolorami. Wysiedliśmy na chwilę na punkcie widokowym i w lekkim chłodzie słuchaliśmy ciszy. Absolutnej. Porażającej. Ciszy.

 etna

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy

Dodaj komentarz