Jest rok 1982. Chłopcy dyskutują o muzyce, dziewczynki paplają o ciuchach

Francuski to taki włoski tylko z większą ilością liter i charczącym „r”. Wychodząc z tego błędnego założenia postanowiłam przyswoić sobie podstawy języka ludzi, którym przypisuje się elegancję, wyniosłość i zwyczaj jedzenia żabich udek.

Kilka książek wyciągnęłam spod szafy, kilka wyżebrałam od znajomych. Z zebranego stosiku najbardziej przypadł mi do gustu podręcznik szkolny do nauki francuskiego „Chez les Francais” wydany pod auspicjami Wydawnictwa Szkolnego i Pedagogicznego w roku 1993 (pierwsze wydanie w 1982 roku), autorstwa Aleksandra Mileckiego.

 W swojej prostocie, zarówno merytorycznej jak i graficznej, sprawdza się doskonale w roli mojego samouczka. Ale ani o francuskim nie będzie tu mowy, ani o uczeniu się języków obcych.

 Nie zdążyłam bowiem zgłębić nawet wiedzy dotyczącej rodzajników, kiedy z podręcznik wylazł anty-gender, a właściwie po prostu gender.

Bohaterowie, którzy prowadzą mnie przez meandry nauki języka francuskiego to członkowie dwóch rodzin, polskiej i francuskiej, o  ściśle określonych rolach.

Spójrzmy zatem na przykłady tego, jak w latach 80. (książka trafiła do szkół w 1982 roku) wyobrażenie o rolach płciowych było przedstawiane w podręcznikach. Nie sądzę bowiem, żeby znaleziona przeze mnie książka do francuskiego była szczególnym wyjątkiem.

 Zacznijmy od tego jak wygląda rodzina.

Mamy oczywiście mamę i tatę (kobietę i mężczyznę, rzecz jasna). Tata, zarówno polski, jak i francuski, ma samochód.

 Czym zajmuje się żona? (W czasie, gdy panowie zajęci są oglądaniem telewizji)

Czym zajmuje się mąż?

W obu rodzinach mężowie pracują zawodowo, a żony to gospodynie domowe.

Rozrywki dzieci dzielą się na rozrywki dziewczęce i rozrywki chłopięce. Ona bawi się lalkami i gotuje im obiad, on ogląda film policyjny. Mama w tym czasie robi na drutach, tata myje samochód.

Przysposobienie do obowiązków domowych również odbywa się zgodnie z naturalnymi, płciowymi podziałami. Chłopiec dźwiga zakupy, dziewczynka zaś pomaga mamie gotować.

Młodzieżowe spotkania towarzyskie odbywają się w gronie jednopłciowym. Chłopcy dyskutują o muzyce , dziewczęta zaś o sukienkach.


Nadchodzą święta. Zgadnijcie jakie prezenty wybrali bohaterowie mojej książki? Dziewczynka oczywiście wózek i lalkę, a chłopiec książki.

Święta, święta i po świętach. A podczas przerwy szkole chłopcy grają w piłkę nożną, a dziewczynki śpiewają.

Czas zacząć myśleć o wakacjach. Dziewczynka marzy o słońcu, opalaniu się i lepieniu babek z piasku. Chłopiec o wędkowaniu, żaglówkach i autostopowej przygodzie.

Zapewniam Was, że nie wybrałam specjalnie pasujących do mojej teorii fragmentów i przykłady widoczne powyżej są reprezentatywne.

Społeczny ład znajduje odbicie w książkach i innych treściach kultury, książki oddziałują na ład społeczny i współkształtują go. Na ile ta zależność jest silna? Czy myślicie, że gdyby w podręcznikach, a więc programach szkolnych, uparcie lansowano jakiś model, powiedzmy pary homoseksualne, to znalazłoby to wyraźne odbicie w społecznej praktyce?

Czy uważacie, że w podręcznikach powinno się odwzorowywać istniejące zachowania i modele społeczne czy przedstawiać te, które uważa się obecnie za pożądane?

Przy okazji zerknę w księgarni na najnowsze podręczniki i zobaczę czy bohaterowie i ich zajęcia jakoś się zmienili przez ostatnie lata.

 

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy

Dodaj komentarz