Dobry (literacki) początek – sentymentalny przegląd pierwszych słów

Zdarzyło się Wam zamknąć książkę po przeczytaniu pierwszego zdania? Wierzycie w urok dobrego początku? Po przejrzeniu pierwszych linijek kilkunastu książek uchodzących za klasyczne dla polskiej literatury muszę przyznać, że zawiera się w nich naprawdę wiele z esencji całości dzieła.

Zacznijmy od początku. Początku „Ferdydurki” Witolda Gombrowicza, która dobrze oddaje nastrój nie tylko niedzielnego poranka:

We wtorek zbudziłem się o tej porze bezdusznej i nikłej, kiedy właściwie noc się już skończyła, a świt nie zdążył jeszcze zacząć się na dobre. Zbudzony nagle, chciałem pędzić taksówką na dworzec, zdawało mi się bowiem, że wyjeżdżam – dopiero w następnej minucie z biedą rozeznałem, że pociąg dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybiła żadna godzina. Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic”

Teraz coś bardziej optymistycznego, w dodatku pachnącego mistyką i cynamonem (Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe):

W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek”

Wróćmy na chwilkę do domu (Władysław Reymont, Ziemia obiecana):

Łódź się budziła.

Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami niby chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy”

Rozbieg w podobnym stylu (Stefan Żeromski, Popioły):

Ogary poszły w las.

Echo ich grania słabło coraz bardziej, aż wreszcie utonęło w milczeniu leśnym”

Na koniec coś nieco dłuższego, ale o uroku tak magnetycznym, że nie da się się przerwać po pierwszym zdaniu (Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem):

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.

Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach; odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Zima. Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. W południowych województwach lody nie popętały wcale wód, które podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem wystąpiły z łożysk i pozalewały brzegi”

Macie swoje ulubione książkowe początki?

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy

Dodaj komentarz