Archiwa kategorii: słowa pod(różne)

Słowa pod(różne): Wrocław

Po dawnym Wrocławiu prowadził mnie Marek Krajewski. Razem z antypatycznym Eberhardem Mockiem chodziłam ulicami o długich niemieckich nazwach, między budynkami z buroczerwonej cegły, setkami kładek i mostów rozpiętymi nad Odrą rozlewającą się w sieć kanałów wypełnionych mętną granatową wodą. Przyjechać ze starego, literackiego Wrocławia do Wrocławia realnego, dzisiejszego było dla mnie nie lada przeżyciem.

Pierwszym kontaktem z miastem żywym, ale dla mnie wciąż zanurzonym w klimacie noir, było studiowanie mapy. Miasto otoczone fosą, wypełniające małe wysepki, pokropione placami zieleni, pozszywane mostami, kładkami, wiaduktami. Topograficzne przygotowanie nie pomogło mi specjalnie, bo zdążyłam zgubić się już na dworcu autobusowym (pięknie odnowionym, przywodzącym na myśl wielki projekt steampunkowy), ale na szczęście trafiłam szybko do Informacji Turystycznej, gdzie skierowano mnie na właściwe tory.

Miasto jest na tyle duże, żeby było tam wszystkiego pod dostatkiem i na tyle małe, żeby człowiek czuł się w nim pewnie i przytulnie. A właściwie nie tylko człowiek, bo we Wrocławiu rozpanoszyły się też krasnoludki, których metalowe postacie liczyłam zawzięcie przez cały dzień (najbardziej podobał mi się ten przy krasnoludzkim bankomacie obok tabliczki „Bank Zachodni – Oddział Krasnoludzki”). Ich liczba rośnie, a związek z upamiętnianiem Pomarańczowej Alternatywy maleje. Wstyd powiedzieć, że naliczyłam 14 (drugie tyle wypatrzył Davide) skoro jest ich podobno 270 z największym skupiskiem na Starym Rynku. Miejscu uroczym, otoczonym kolorowym strzelistymi kamieniczkami i  bramo-tunelami, w których w przeciwieństwie do tych łódzkich nie czai się zło, ale sklepiki, pracownie i kawiarnie.

Zaraz po eksplorowaniu Rynku, żądna kontaktu z przyrodą, powiodłam siebie i Davide na wyspy. Przywitały nas krzyki i śpiewy ptaków, które bezapelacyjnie były gospodarzami tego miejsca. Na piaszczystym cypelku stworzenia te w najlepsze oddawały się odpoczynkowi i rozrywce. Śmialiśmy się, że to państwo multikulturowe, bo razem z białymi i brązowymi łabędziami w płyciznach Odry taplały się gołębie, kaczki i inne niezidentyfikowane przez nas skrzydlate stwory. Do tego dochodziła mała gromadka dzieci i dorosłych zastanawiających się czy tubylcy nie wydłubią ich pociechą oczu.

Po wizycie w ptasim grodzie wybraliśmy się na Ostrów Tumski, który zadowolił moje poczucie estetyki i pobudził wyobraźnię historyczną. Luty lutowy wiatr jednak dość szybko przegnał nas w stronę ciepłych murów kamieniczek i ostatecznie do potężnego gmachu Muzeum Narodowego (a sam gmach zasługuje na uwagę, zbudowany w stylu neorenesansu niderlandzkiego uzupełnionego przez naturę pnączami bluszczu, który latem na pewno rozzielenia całą budowę). Nasyceni sztuką śląską ( w tym wizerunkiem brodatej dziewicy Heleny i obrazem z ruchomymi oczami poruszanymi nakręcanym mechanizmem), widokiem samurajskim mieczy i dziwadłami współczesności wyszliśmy do parku, nad którym górował Anioł Śmierci. Wyjaśniłam pokrótce Davide sens Pomnika Ofiar Zbrodni Katyńskiej i do listy polskich filmów do obejrzenia dopisałam w myślach „Katyń” Wajdy.

Wolnym krokiem poszliśmy w stronę Rynku. Cieszyły nas kolory zmurszałej cegły, czy to gotyckich budowli, czy to dawnych fabryk, czy nowych galerii handlowych (może Łódź już zostawia takie piętno w umyśle, że czerwona cegła to archetyp piękna). Dzięki Oliwii dotarliśmy jeszcze do Synagogi pod Białym Bocianem w dawnej dzielnicy żydowskiej. Bez niej na pewno nie odnaleźlibyśmy też Pomnika Pamięci Zwierząt Rzeźnych w starych jatkach (nie zachwycę się drewnianą zabudową, bo miejsce rzeźni na zachwyt nie zasługuje).

Spacer ulicą Podwale wzdłuż kanału pozwolił mi też rzucić okiem na siedziby policji, prokuratury i sądu. Nie pamiętam czy to właśnie te, gdzie nadwachmistrz Mock jeździł dorożkami przez błoto zerkając niechętnie na Wrocław sprzed kilkudziesięciu lat. Muszę wrócić do tych książek i spróbować nałożyć ich klimat na klimat mojej jednodniowej wycieczki. Krótkiej, ale na pewno nie ostatniej, bo Wrocław zwycięsko przeszedł starcie z moją wizja tego miasta i wciąż kusi mnie swoimi wdziękami.

 

Myślokrążenie – o książkach wysłanych w przestrzeń

Obca jest mi żądza posiadania i kompulsywnego gromadzenia. Pięknie by było, gdyby tak zupełnie tak było. Drobne wyjątki jednak sprawiają, że zdanie to nie jest jednak do końca prawdziwe. Jednym z owych wyjątków jest mój pociąg do otaczania się książkami,  sprowadzający się do tworzenia małej, prywatnej, częściowo mobilnej, kolekcji.

Nie jestem jednak stworem zazdrośnie strzegącym swoich skarbów. Lubię pożyczać książki. Lubię także, gdy do mnie wracają. Nie znoszę tego uczucia, kiedy wiem, że komuś TĘ książkę pożyczyłam, teraz i natychmiast jej potrzebuję, a nie mogę sobie przypomnieć na czyjej półce się teraz kurzy.

Jednak w ramach trzymania w ryzach swoich małych obsesji, postanowiłam przyjrzeć się czy na pewno wszystkich książek potrzebuję na raz i czy może do niektórych z nich już raczej nie wrócę. Poza tym czasem jest mi naprawdę szkoda, że coś co się właściwie nie zużywa, wtrącone jest do lochów moich regałów i skazane na zapomnienie.

A było to upalnego sierpniowego dnia roku 2012…

Pomyślałam, że fajnie by było, żeby niektóre książki wiodły swój żywot w sposób mniej usystematyzowany. Nie słyszałam wtedy jeszcze o bookcrossing, więc wymyśliłam swój mały system, żeby w krwiobieg Łodzi wpuścić kilka świeżych myśli.

Wybrałam dwie książki, jedną dokupiłam. Napisałam i wydrukowałam krótkie bileciki, które następnie wkleiłam na zewnętrznej stronie okładki książki. Nie ma sensu dalej strzępić klawiatury, poniższy tekst przedstawia mój prosty zamysł:

Przestrzeń Wolnej Myśli

  1. Czytaj, oglądaj, dotykaj.
  2. To Twoja przestrzeń, czuj się swobodnie – podkreślaj, szkicuj, rób zapiski na marginesach, wkładaj karteczki.
  3. Podaj dalej – zostaw w kawiarni, fabryce, dyskotece, bibliotece, pociągu…
 
Masz książkę/komiks/film, które chcesz uwolnić? Wejdź na http://przestrzenwolnejmysli.blogspot.com, wydrukuj tę informację, naklej na swój egzemplarz i wypuść go w przestrzeń!
Dwa tygodnie po wypuszczeniu książek w łódzką przestrzeń wyjechałam do krainy palm i skuterów, zupełnie nie wiedząc czy ktoś moje książki znalazł czy też trafiły one do kosza lub zostały porwane i uwięzione. Przypomniało mi się o tej sprawie niedawno i pomyślałam, że jeśli podzielę się tą ideą w internecie to może ktoś wypuści jakieś żądne przygód książki na wolność.
A moim małym marzeniem jest, żeby któraś z wypuszczonych książek kiedyś do mnie wróciła wraz z zapiskami i komentarzami poprzednich czytaczy.

Dla niej, dla niego

Słupek rtęci smętnie opadałby w dół, gdyby ktoś jeszcze posługiwał się termometrem z płynnym srebrem. Wirtualne płatki śniegu zaczynają sypać się na witryny stron internetowych. Świąteczna gorączka, a wraz z nią kupowanie prezentów, zbliża się nieubłaganie.

Wchodzę na Allegro. Pikselowy reniferek sugeruje, że powinnam zajrzeć do działu „Inspiracje”. Tak też czynię. Czas na pierwszy wybór – dla niej, dla niego, dla dziecka. Krzywię się już na widok samych kategorii, ale postanawiam brnąć dalej.

Zobaczmy, co według specjalistów od marketingu spodobałoby się paniom, a co panom.

Wymarzony prezent dla kobiet to:

  • kosmetyki do ciała (albo i przeciw ciału sugerując się powtarzającemu się „anty”)
  • kosmetyki do makijażu (z wielką przewagą pudrów wszelkiej maści)
  • biżuteria
  • torebki, dużo torebek
  • piżama (chyba albo na lato, albo wybrakowana, bo można by sobie przeziębić nerki, gardło i jeszcze kilka innych części ciała)
  • przyrządy kuchenne (od najprostszych aż do elektrycznego grilla)
  • zegarki (do wyboru różowe i z cekinami)
  • aparat fotograficzny? (a nie przepraszam, to reklama, która dodaje się automatycznie do każdej strony) kobiety a sztuka zdejmowania wizerunków

 

Wymarzony prezent dla mężczyzny to:

  • nóż, nożyk, scyzoryk
  • pasek do spodni
  • telewizor, telefon, radio (w wersji tzw. „wypasionej”)
  • książki: reportaże wyd. Czarne (np. „Dzienniki kołymskie”), podróżnicze, o muzyce, o animacji
  • gra komputerowa (np. Tomb Raider) + akcesoria
  • maskotka Alien, figurka Batmana i mistrza Jody
  • gry i zabawki logiczne
  • projektor do filmów
  • gitara
  • piłka
  • kamizelka treningowa
  • lornetka
  • fartuszek do kuchni (z trupią czachą i napisem: „UWAGA, facet w kuchni”)
  • torby i apaszki
  • gadżety, np. mapa zdrapka dla podróżników, katapulta da Vinci

 

Jedna wspólna rzecz: notes z białymi kartkami w złoto-brązowej oprawie.

Jeśli osoba obdarowywana przez Ciebie posiada chromosomy XX to należy zasugerować jej, że: ma ładnie wyglądać, obwiesić się świecidełkami, zapudrować się, wymalować się, być sexy, mieć młode ciało bez cellulitu i zmarszczek, dobrze i pomysłowo gotować, używać notesu i zegarka (np. w połączeniu z elektrycznym grillem).

Jeśli osoba obdarowywana przez Ciebie posiada chromosomy XY to należy zasugerować jej, że: powinna czytać dużo i na różne tematy, rozwijać swoją wiedzę o świecie, ćwiczyć umysł, gotować tylko wyjątkowo i dla zabawy, być elegancka i modna, uprawiać sport, uzbroić się w atrybuty siły i władzy (od noża po pilot od telewizora), grać w gry komputerowe i oglądać filmy, podróżować, pozwalać sobie na bycie „dużym dzieckiem”, używać wyobraźni i kreatywności.

Nie zajrzałam już do sekcji „Dla dzieci”. Pewnie musiałabym potem wybrać czy to dziecko płci męskiej czy żeńskiej i zacząć całą zabawę od nowa. Ominę tę część anegdotką.

Siostra Davide dostała w wieku lat kilku wózek dla lalek (on sam, jak się domyślacie, był dumnym posiadaczem innego rodzaju pojazdów). Po rozpakowaniu rodzina oczekiwała, że mała kobietka zajmie się opieką nad lalą. Dziecko jednak stanęło przed wózkiem i podniosło rączki do góry, oczekując, że zostanie posadzone w nowej spacerowej karocy. Dość duże było jego zdziwienie na wieść, że teraz ono, a właściwie już ona, przejmie funkcję mamy i przyuczać się będzie do nowej roli, już gdzieś tam w przyszłości na nią niechybnie czekającej.

Trzy zdania, których nie będziesz potrzebował na Islandii

W Polsce dziś podobno szaro, smutno i zima, więc chciałabym podzielić się z Wami  anegdotką podróżniczo-książkową z kraju o białej spektakularnie pięknej zimie:

Turyści przyjeżdżający do Islandii w latach 90. mogli skorzystać z przewodnika turystycznego, który oprócz standardowych informacji i użytecznych zwrotów zawierał także trzy nieużyteczne zwroty:

1. Gdzie jest dworzec kolejowy?

2. Ładny dziś dzień.

3. Czy jest coś tańszego?

Dla jasności:

1. W Islandii nie ma kolei. Kiedyś Islandczycy wpadli na pomysł wybudowania infrastruktury kolejowej, ale skończyło się na 30 metrach torów.

2. W ciągu roku jest tylko kilka pogodnych słonecznych dni.

3. W owym okresie ceny były bardzo wysokie.

Anegdotka zaczerpnięta  z książki Ha-Joon Changa „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” zaostrzyła mój apetyt na islandzki klimat, więc dorzucę jeszcze kilka ciekawostek o wyspie lodu i gorących źródeł:

– Ze względu na izolację wyspy język islandzki przez stulecia nie uległ prawie żadnym znaczącym zmianom, jest najbardziej zbliżony do języka staronordyckiego, brzmieniem nie różniąc się prawie od języka sprzed tysiąca lat.  Nie bez kozery nazywa się go nordycką łaciną. W praktyce oznacza to, że Islandczycy bez problemu mogą czytać średniowieczne sagi i uczyć się na nich sztuki pisarskiej.

Nic tez nie zapowiada, że wraz z globalizacją język ulegnie zmianom, ponieważ nad jego „czystością” czuwa specjalna rządowa komisja. Każde nowe słowo  obcego pochodzenia jest zastępowane neologizmem. Przyjrzyjmy się kilku przykładom, dającym jednocześnie pewne wyobrażenie o islandzkiej kulturze:

elektryczność = rafmagn = moc bursztynu

helikopter = thyrla = wirować bardzo szybko

pornografia = klam = wstyd, hańba

kino = kvikmyndahús = dom szybkich obrazów

filozofia = heimspeki = mądrość świata

dzwonek telefonu = friđthjófur = złodziej spokoju

komputer = tölva = liczba+wieszczka

– Na Islandii stosuje się nazwiska patronimiczne:             http://katarzynanowak.studiomoff.pl/jakie-malzenstwo-takie-nazwisko/

– Islandia ma niewielką populację żyjącą na małym zamkniętym obszarze geograficznym przez co wielu ludzi jest ze sobą spokrewnionych. Dla uniknięcia potencjalnych problemów stworzono aplikację na telefony komórkowe, dzięki której można sprawdzić czy dana osoba nie jest przypadkiem naszym krewnym.

– Liczba artystów, szczególnie pisarzy i muzyków, jest bardzo wysoka w stosunku do liczby mieszkańców.

– Właśnie wśród tych śnieżnych przestrzeni kręcono część scen do „Gry o Tron”.

Winter is coming.

 

Pozdrowienia dla zakochanej w Islandii Natalii Skoczylas.

 

 

 

Zobaczyć Neapol i umrzeć

Zobaczyć Neapol i umrzeć.

Hasło chwytliwe, jednak będę się starała ze wszystkich sił, żeby spełniła się tylko jego pierwsza część. A spełniać się zacznie powoli, w rytmie kół pociągu odjeżdżającego o 21.10 ze stacji centralnej w Palermo.

Z samego rana, właściwie w środku sycylijskiej nocy, czyli o 7.23 zobaczę Nowe Miasto.

Zobaczę

włoskie Napoli

neapolitańskie Napule

łacińskie Neapolis

greckie he nea polis

polski Neapol.

Zwiedzanie zamierzam rozpocząć od pizza napoletana (wypieczonej po raz pierwszy w 1889 roku dla królowej Margherity przez Raffaele Esposito). Następnie przespacerować się starówką, wybierając jedynie uliczki duże i jasne, zajrzeć do Castel Nuovo i, jeśli czas pozwoli, odwiedzić muzeum archeologiczne.

Punktem na mojej liście, który najbardziej rozpala moją wyobraźnię są Pompeje. Ludzie zastygnięci w pozach sprzed niemal dwóch tysięcy lat, miasto przez trzy dni zasypywane lawą i pyłem, setki lat pracy archeologów. Wyobrażenie ostatnich chwil Pompei robi wrażenie:

 

 

Polsko-włoskie lądowanie na Księżycu czyli wyprawa na Etnę

etna2

Na wstępie spieszę przeprosić za kilkudniowe zaniemówienie.

(Jego powodem było oniemienie, a być może nawet syndrom Stendhala. Przypadłość ta, zwana także syndromem florenckim, to rodzaj zaburzeń psychosomatycznych po obejrzeniu zbyt wielu wspaniałości, zabytków i dzieł sztuki.

W skrócie: poświęciłam kilka dni na eksplorowanie i podziwianie Sycylii.)

Ale dziś nie będzie ani o ruchach pędzla, ani o grudkach farby na płótnie, ani o zimnym marmurze. Będzie o ziemi, kamieniach i dziurach. Będzie o Etnie.

Fenicjanie nazywali Etnę słowem „attuna”, które oznacza komin. Komin to w rzeczy samej zacny, bo liczący ponad 3 tysiące metrów.

Sycyliczycy mówią na niego po prostu Góra.

Wyruszyliśmy z Palermo wczesnym popołudniem. W 5 minucie wycieczki, jeszcze w mieście, kierująca pojazdem (czyli małym granatowym szybko poruszającym się czymś) ustąpiła nam pierwszeństwa, po czym ruszyła i uderzyła nas w bok.

Sycylijski wypadek składał się w równych proporcjach z krzyków, przekleństw i trąbienia klaksonów. Potrwał dłuższą nerwową chwilę, po czym każdy odjechał w swoim kierunki. My, pokrzywdzeni, w dodatku ze sprutymi drzwiczkami.

W tak szampańskich humorach ruszyliśmy nadmorską autostradą, pilnując by nie zgubić reszty naszej ekipy jadącej drugim autem. Kiedy skręciliśmy autostradą w głąb lądu wielki błękit nad postrzępionym wybrzeżem zamienił się w falowaną powierzchnię żółtozielonych wzgórz. Mijaliśmy pola oliwek i winorośli, ruiny małych ufortyfikowanych gospodarstw, stada krów i owiec na łagodnych stokach.

Po wczorajszej burzy chmury nadal czaiły się nisko nad górami, oplatając je białymi pierścieniami. Krajobraz zmieniał się płynnie wraz z przejechanymi kilometrami. Pod koniec drogi ściany gór niepokojąco zaczęły przypominać scenerię z filmu Wzgórza mają oczy (nie polecam ? ani filmu, ani jego reminiscencji podczas podróży z prawie pustym bakiem).

Czarny masyw Etny zaczął wyłaniać się powoli i rósł na naszych oczach. Domki Katani rozlewały się od jego podnóża aż do morza, którego rześki błękit majaczył już na linii horyzontu. Zjechaliśmy na mniejsze drogi, a z nich na jeszcze mniejsze i bardziej kręte. Wjeżdżając na wulkan minęliśmy miasteczko Nicolosi.

  • W tym miasteczku wiele budynków zbudowano z lawy wulkanicznej. Spójrzcie na czarny kościółek po lewej – powiedziałam.

  • Dobra, dobra, jedziemy.

Pojechaliśmy dalej. Drzew jakby zaczęło ubywać. Pojawiła się roślinność, której nie widzieliśmy nigdzie indziej (i w rzeczy samej widzieć nie mogliśmy, bo występuje wyłącznie tutaj). Sady i winnice, domki, niewielkie miasteczka – aż do wysokości 1000 metrów nad poziomem morza życie toczyło się jak wszędzie indziej. Wyżej kawałek po kawałku robiło się coraz bardziej pusto.

SONY DSC

Złogi czarnoszarej lawy najpierw widoczne tylko gdzieniegdzie już za chwilę pokrywały całe zbocza. Szorstka skorupiasta powierzchnia przepuszczała coraz mniej małych roślinek. Minęliśmy dach domu, wystający z zastygniętej lawy. Widać było tylko kawałek pustego oczodołu okna i smętnie sterczący komin.

Oglądając po drodze krajobrazy wschodniej Sycylii dotarliśmy na „taras Etny” – najwyżej położony punkt, gdzie można dotrzeć samochodem osobowym. Wyskoczyliśmy samochodu i natychmiast zaczęliśmy ściągać z siebie letnie ubrania. Boso i w majtkach na parkingu włożyliśmy długie spodnie, kurtki, rękawiczki i czapki. Wyglądaliśmy jak banda clownów i tak też postanowiliśmy eksplorować okolice.

Zjedliśmy po dużej porcji makaronu z wczorajszej kolacji i poszliśmy do najbliższego krateru. Zdziwił nas potężny nalot biedronek, które spadały wprost na nas z zimnym powietrzem lub po kilka tkwiły na kamieniach. Później przeczytaliśmy, że silny wiatr przywiewa je tutaj, gdzie nie mają pożywienia ani schronienia, na pewną śmierć.

SONY DSC

Rozbiegliśmy się po czarnej i czerwonej ziemi, braliśmy kamienie i piach w gołe dłonie, przyglądaliśmy się dziwnej powierzchni. Drugi krater położony był w niewielkiej odległości, ale żeby do niego dojść trzeba było brodzić po łydki w grząskiej ziemi i po nozdrza w wulkanicznym pyle.

SONY DSC

Ponury księżycowy krajobraz kontrastował z głębokim błękitem nieba i subtelną bielą chmur. Miasteczka w dole zdawały się być rozrzuconymi klockami. Czubek wulkanu sterczał nad nami osnuty gęstą parą.

SONY DSC

Eksplorowanie kraterów i pobliskich wnęk, skałek, pogórków sprawiło, że nawet ci najbardziej odważni, którzy chcieli zdobyć szczyt zrezygnowali z tego pomysłu. Wjazd kolejką lub jeepami odrzuciliśmy ze względu na zbyt wysoki koszt.

Sesja fotograficzna, spychanie się do kraterów, wspinania, skakanie i wskoczyliśmy z powrotem do samochodów. W międzyczasie mgła zaczęła otaczać nas ze wszystkich stron, a słońce obniżyło się i powoli opadało.

SONY DSC

Zjeżdżaliśmy powoli sycąc się widokami. W pewnym momencie niebo wydawało się być sękaczem, którego warstwy nasączono kolorami. Wysiedliśmy na chwilę na punkcie widokowym i w lekkim chłodzie słuchaliśmy ciszy. Absolutnej. Porażającej. Ciszy.

 etna

Słowo na dziś: ansa

ansa – niechęć, pretensja, uraza, animozja

Etymologii należy doszukiwać się w łacińskim „ansa” (rękojeść, chwyt) i litewskim „ansa” (ucho garnka).

Aleksander Bruckner pisał, że ansa to „jeden z równie licznych jak niepotrzebnych latynizmów z czasu makaronizmów”.

Pamiętacie kto w filmie Shrek używa tego słowa?

A może jakieś anse?

 

 

 

Słoik słonych wspomnień o Tobie

Dobre słowa do dobrej muzyki. A może raczej dobra muzyka do dobrych słów.

Dla kolekcjonujących słoiki.

Dla tęskniących.

Dla pijących wino.

Dla palących skręty.

Fisz i sznurowadła.

 

Sznurowadła

Tęsknię, choć wiem nie powinienem,
Zostałem sam jak stoję z rozsznurowanymi butami
Mam pełen słoik słonych wspomnień o Tobie, o Tobie…
Pełen słoik wspomnień o Tobie.

Nie ufam więcej tak głęboko,
Nie będę stroił miny,
Wierność trudna jest widocznie,
Zdrada krótkowzroczna boli tak okropnie,
Tak okropnie, tak okropnie…

Tęsknię, choć wiem nie powinienem,
Zostałem sam jak stoję z rozsznurowanymi butami
Mam pełen słoik słonych wspomnień o Tobie,
Pełen słoik słonych wspomnień o Tobie.

Piję wino, palę skręty z kolegami
Wpadnij kiedyś poniszczyć się z nami
I jesteś zła, zła ja o wiem,
Sucho mi w gardle Ty jesteś mój tlen.
Kocham Ciebie i patrzę na ręce,
Chwile miłe i nie ma ich więcej,
Nie ważne, co było, co było.

Tęsknię, choć wiem nie powinienem,
Zostałem sam jak stoję z rozsznurowanymi butami
Mam pełen słoik słonych wspomnień o Tobie, o Tobie, o Tobie…

Tęsknię, choć wiem nie powinienem,
Zostałem sam jak stoję z rozsznurowanymi butami
Mam pełen słoik słonych wspomnień o Tobie,
Pełen słoik słonych wspomnień o Tobie.
Pełen słoik słonych wspomnień o Tobie.

Tęsknię, choć wiem nie powinienem,
Zostałem sam jak stoję z rozsznurowanymi butami
Mam pełen słoik słonych wspomnień o Tobie, o Tobie, o Tobie..

 

Słowo na dziś: wykidajło

words

Wykidajło – osoba pilnująca porządku w tawernie, restauracji, klubie i wyrzucająca awanturujących się lub sprawiających problemy gości

synominy: ochroniarz, selekcjoner, bramkarz

Słowo „wykidajło” pochodzi prawdopodobnie od staropolskiego wyrazu „wykidać” – wyrzucać, zwykle gnój.

Podczas sobotniego wieczoru nie dajcie się wykidać.

O wrześniowej Łodzi słów kilka

no

Dziś będzie nieco nostalgicznie, nieco osobiście.

Ikonka z prognozą pogody na moim pulpicie szarzy się chmurami i deszczem. Elektroniczny termometr zatrzymał się na 10 stopniach i nie drgnie ani jednym pikselem.

Nie muszę patrzeć za okno. Czuję ciepłe światło rozlewające się po skórze pleców. Delikatny wiatr od gór drażni przezroczyste włoski na moim karku. Bosą stopą wystukuję rytm na chłodnej posadzce. Mrożona herbata mdleje pod naporem gorącego powietrza.

A nad głową Kościuszki zbierają się ciemne chmury. Tak się zbierają zupełnie beze mnie, zupełnie gdzie indziej.

Fontannę na placu Dąbrowskiego pewnie już wyłączyli. A może jeszcze nie. Nie wiem, bo i skąd mam wiedzieć. Nie mijam już tego miejsca na rowerze. Nie siadam za szybą restauracji naprzeciw Colegium Anatomicum. Tą szybą, w której zwykle odbijają się wszyscy, którzy idą z uniwersytetu na Piotrkowską. I z powrotem.

Tytani znudzeni podpatrywaniem ludzików w płaszczach, które znikają w kawiarni pod nimi (gorąca czekolada, dwa piwa, sczytana gazeta), już tylko podtrzymują świat.

Podobno zabrali Uszatka i gwiazdy z Piotrkowskiej.

Tramwaje jeżdżą leniwie i słodko jak zawsze.

Maniek, co wystaje w bramie mojej kamienicy, musiał wyciągnąć z szafy kurtkę i rękawiczki, żeby mu dłoń do puszki nie przymarzła.

W BULe przyciemnione szyby nie szukają już promieni słońca, które mogłyby zatrzymać. W bufecie pewnie jak zwykle nie ma kawy.

Idąc do Instytutu Historii jeszcze nie tonie się w liściach przechodząc z głową wciśnięta w kołnierz przez park Staszica.

 

W tym momencie dominanta nostalgiczna ustąpić musi miejsca dominancie osobistej.

 

To już drugi wrzesień z kolei, którego nie spędzam w Łodzi.

A niesamowita jest Łódź wrześniowa. (O tak, łatwo mi mówić, bo nie tonę w błocie, bo mój tramwaj się nie spóźnia, bo nie muszę nosić grubych rajtuz i szalika)

Bo Łódź to miliony małych wspomnień – w kamieniach, drzewach, szyldach, barierkach, ulicach, zakrętach, zaułkach, kawiarniach, pomnikach, szarościach, szorstkościach – moje prywatne lieux de mémoire.

I nie wiem już czy za Łodzą tęsknię czy za przeszłością. Za tym wszystkim, czego nie było, a jednak minęło.

We wrześniu, tym małym końcu i początku, Łódź w mojej głowie jeszcze bardziej pęcznieje i ciąży. Magnetyczny urok tego miasta przypomina mi wszystkie rzeczy, dla których chciałabym tam być nie tylko w te pierwsze jesienne dni:

  •  ludzie, ludzie, ludzie – przyjaciele, znajomi, nieznajomi, mijani na ulicy, zauważeni z tramwaju linii 46, zmarli, oczekiwani, od dawna nie spotkani, zapomniani, wspominani
  • życie kawiarniowe – czytanie, rozmowy, muzyka, jedna kawa sączona trzy godziny, 4 kieliszki wina wypite prawie na raz, przegadane godziny, obiady w Green Way, umawianie się na pasażu Schillera, szachy w Bibliotece, ciemne kąty Nostalgii
  • wartka żyła Piotrkowskiej, z wąskimi wejściami do bram, szerokimi podwórkami, antykwariatami, kwiatami na balkonach, zbyt kolorowymi smokami, klubami, pubami, krętymi schodkami, kwadratowymi schodami, fontannami, złotawą ławeczką, pasażem aż do mojej szkoły, wieżyczką na Wydziale Filologicznym
  • czerwony rower z koszykiem z przodu, w nocy, przez centrum
  • szarość i złoto jesieni w trzeźwym powietrzu, w którym wisi już zima

Ten klimat sprzyja refleksji, intelektualnemu skupieniu, namysłowi. Słowa lepiej smakują. Jeśli czytać to najlepiej w Łodzi.