Archiwa kategorii: słowa pod(różne)

6 rzeczy, które uwielbiam w Wielkiej Brytanii

Jeśli właśnie przyjechaliście do Anglii i nie utoniecie w śmieciach i nie osłabniecie od fast foodów to być może będziecie mieć szansę cieszyć się następującymi rzeczami:

  1. Muzea.

    Bezpłatny wstęp, bogate kolekcje (już nie wchodźmy w to, jak zdobyte…), ciekawa oferta. A oprócz tego muzea to przede wszystkim przyjazne i przyjemne miejsca, gdzie ludzie chętnie przychodzą spędzić czas. Dzięki temu, że nie płaci się za bilet można wpaść choćby na 10 minut i zaglądać co jakiś czas. To nie zakurzone gabloty i smętny personel, ale naprawdę ciekawe, często interaktywne wystawy i przewodnicy, którzy chętnie odpowiedzą na każde pytanie.

  2. Uprzejmość.

    Jasne, nie wszędzie i nie każdy, ale generalnie ludzie są zwyczajnie mili i grzeczni, często bezinteresownie pomocni. Prawie nigdy nikt nie chce cię obrazić czy znieważyć (no chyba, że przez subtelną ironię). Kapuścinski pisał (bodajże w Lapidariach) o tym, że w krajach pod wpływami sowieckiej kultury, w tym niestety też Polski, wykształcił się zwyczaj poniżania drugiego człowieka, pokazywania mu, że jest gorszy, udowadniania na każdym kroku, że ma się nad nim władzę. Tutaj czegoś takiego nie widać w codziennych sytuacjach. Rozmówca, sprzedawca, nauczyciel będzie się starał, żebyś poczuła się komfortowo i pewnie,  przymknie oko na drobny błąd zamiast go wytknąć. Gentlemenów i gentlewomen spotyka się po prostu na ulicy i poznaje po sposobie, w jaki traktują innych ludzi. Można poznać Anglika po tym, że poszturchnięty przez kogoś na ulicy powie „przepraszam”. Jako, że lubię nieśmieszne żarty to skonstrastuję to z sytuacją z pewnego polskiego dowcipu: „[w tramwaju] – Co się pan tak pcha na chama? – O, przepraszam, taki tłok, że nie zauważyłem na kogo się pcham”.

  3. Zdolność do autorefleksji.

    To chyba właśnie ta cecha zdecydowała o tym, że Anglia nadal kwitnie. Zdolność do przyjmowania krytyki, autorefleksję i wolę zmian na lepsze widać szczególnie na poziomie instytucji. Wszędzie i zawsze można zostawić „feedback” – na uczelni, w sklepie, w restauracji czy w szpitalu widzimy napisy „jak się dzisiaj sprawdziliśmy?”, „powiedz nam, co myślisz!” Oczywiście Anglik nie powie tego zwykle otwarcie i dosadnie prosto w oczy, ale chętnie wypełni formularz czy napisze maila. Ostatnia faza projektu czyli podsumowanie, co poszło dobrze, a co źle jest najważniejsza, bo wyznacza kierunek rozwoju.

    Mam wrażenie, że przyznanie się do porażki, często kolektywnej, jest oznaką siły i empatii, a nie słabości. Najlepszym tego przykładem są próby rozliczania się z imperializmem. Brytyjczykom nigdy nie przyszło odpowiedzieć za czyny popełnione w imieniu Imperium, ale sami próbują mierzyć się z tym trudnym dziedzictwem, co niekiedy przybiera wręcz formy samobiczowania (być może zasłużonego…)

  4. Kolejki czyli egalitarianizm i zasada równych szans.

    Anglicy są mistrzami kolejek. Równy ogonek ustawia się w kolejce do lady, okienka, a nawet na chodniku do autobusu. Niektórzy mówią, że oni po prostu lubią kolejki, bo to znak porządku i jasnych zasad. Powiecie pewnie, że przekornie wynika to z tego, że w angielskich społeczenstwie tak silne były (są?) markery klasowe. A być może po prostu nieuprzejmym byłoby traktować kogoś gorzej.

  5.  Brak zgody na dyskryminację i przemoc.

    Widzę to szczególnie teraz, z niepokojem śledząc wiadomości z Polski czy Węgier. Jasne, tutaj też są neonaziści, a za miesiąc po referendum w sprawie Brexit  okaże się czy Brytyjczykom nie przejadła się otwartość. W każdym razie nie ma powszechnej zgody na to by dyskryminować kogoś ze względu na płeć, kolor skóry, wyznanie, orientację seksualną, pochodzenie społeczne etc. Takie przypadki się zdarzają, ale są piętnowane. Ponadto mówi się otwarcie o problemie systemowej dyskryminacji i próbuje jej zaradzić.

    Przykładem może być chociażby Gay Village w Manchesterze – kolorowa i wesoła część śródmieścia z klubami i restauracjami. Na ławeczce siedzi tam spiżowy Alan Turing i pewnie roni spiżową łzę, że za jego czasów nie tylko homoseksualiści nie byli obecni w przestrzeni publicznej, ale czekały ich poniżenie i represje. Tutaj znowu wychodzi autoreflejsa, uczenie się na własnych błędach i przyznawanie do porażek. Alan Turing, wybitny matematyk i twórca pierwszego komputera (obejrzyjcie Imitation Game!), a prywatnie gej, został doprowadzony do samobójstwa po tym jak postawiono go przed wyborem „więzienie albo kastracja chemiczna”. Wybrał śmierć. W Wielkiej Brytanii jeszcze do lat 60. homoseksualizm był przestępstwem! Ale nigdy nie jest za późno na dobrą zmianę i dziś Alan Turing jest i ofiarą, i bohaterem.

  6. Benefity, praca i stawka minimalna.

    Choć osobiście kwestia benefitów mnie nie dotyczy to cieszę się, że żadne dziecko, żaden dorosły i żadna osoba w podeszłym wieku nie musi głodować, siedzieć w zimnym domu, wybierać ze śmietników, żeby przeżyć. Nierówności społeczne i tak są ogromne, ale przynajmniej każdy ma zapewnione minimum egzystencji, dostęp do edukacji i opieki, szansę na społeczną inkluzję, choćby dzięki kółku ogrodniczemu czy klubowi seniora.

    Ekonomia ma się dobrze, więc i pracy nie brakuje. Oczywiście trzeba się starać, wykazywać, dokształcać, ale sytuacja nie jest tak beznadziejna jak w niektórych krajach Europy. Dyplom uniwersytecki nie jest bezwartościowym świstkiem, ale biletem wstępu na rozmowy kwalifikacyjne. Stoją za tym twarde statystyki.

    Jednym z najlepszych wynalazków jest stawka minimalna za godzinę, która obecnie wynosi 7,5 funta i ciągle rośnie. Bez względu na to, jaką pracę wykonujesz godzina Twojego życia nie powinna być warta mniej. Przy tym bardzo często te najgorzej opłacane zawody to te najcięższe, na których opiera się codzienne funkcjonowanie społeczenswa – sprzątanie, gotowanie, podawanie, pakowanie itd. Ludzie, którzy to robią powinni zarabiać nawet więcej,  stawka minialna chronia ich przed pazerością pracodawców, którzy chcieliby zapłacić im jeszcze mniej. Niestety nadal są ludzie, którzy pracują za mniej. Zanim zaczęłam robić doktorat i pracować szukałam jakiegokolwiek zajęcia, żeby cokolwiek zarobić. Natknęłam się na kilka ofert (przeważnie jako kelnerka czy w punkcie ksero), gdzie płacono 3,5 funta za godzinę przy 10-godzinnych nocnych zmianach. Na szczęście byłam w sytuacji, która nie zmuszała mnie do zaakceptowania takiego bezprawia, ale nie wszyscy mają ten luksus. To jednak drobna patologia systemu, a nie norma.

    Przychodzi mi jeszcze kilka dobrych rzeczy do głowy, ale jeśli dotarłeś/aś do tego zdania to pewnie i tak już jesteś zmęczony/a moją paplaniną, więc kolejne zalety życia w Anglii w następnym wpisie. God save the queen!

Próśb pokornych racz wysłuchać czyli wizowe zmagania obywateli drugiej kategorii

Stoję dzisiaj rano w tłustej i gęstej kolejce, spoglądając na ponury gmach i czuję się jakbym stała przez Orwellowskim Ministerstwem Miłości. Ze sto czy dwieście osób, niektórzy wystrojeni jak stróż w Boże ciało. Wszyscy cisi i grzeczni, nikt się nie wychyla. Otóż czekamy pokornie, aby pozwolono nam wejść i prosić o pozwolenie na przyjazd do Nowego Świata. Nad nami orzeł, wielki orzeł.

ambasada

Jest godzina 9.30. Zjawiam się punktualnie, bo jestem przekonana, że spotkanie, na które umówiłam się przed miesiącem, odpowiedziawszy na dziesiątki pytań i zapłaciwszy 160 dolarów, to parę minut zarezerwowane dla mnie i urzędnika. Staję więc w masywnej kolejce PRZED ambasadą USA i stoję. Mam szczęście, bo jestem raczej z przodu i w najkrótszej z trzech kolejek. Dobrze, że nie pada i jest ciepło, tak to to już w ogóle by było ponuro. Niestety stoję na tyle daleko, że nie widzę tablicy z przekreślonym laptopem. W końcu informują mnie, że muszę zostawić laptopa w przechowalni, która jest na sąsiedniej ulicy w aptece. Tak, dobrze zrozumiałam, w aptece. Idę do apteki, zostawiam laptopa, płacę i wracam. Już nie muszę drugi raz czekać, pokazuję dokumenty i już… mogę stanąć w kolejnej kolejce, nadal przed budynkiem.

Pokazuję jeszcze raz papiery, przechodzę kontrolę bezpieczeństwa i mogę wejść do środka! Pan z karabinem krąży wokół mnie jak znudzony sęp. W środku dostaję numerek i wchodzę do wieeeelkiej sali, w środku na krzesełkach bardzo blisko siebie siedzą setki ludzi i patrzą w ekran. Wyobraźcie sobie dwieście obrazów taki jak ten powieszonych blisko siebie, tak sobie siedzimy jak w ogromnym tramwaju:

Siadam i patrzę w ekran. Mam ze sobą książkę, ale boję się czytać, bo jak mi wyświetli mój numerek to muszę iść do okienka. Śledzę więce numerki, a jak nie śledzę to oglądam wielką piękną Amerykę na wielkim pięknym ekranie. Siedzę cicho, nawet przez myśl mi nie przejdzie, żeby złamać zakaz i zrobić zdjęcie. W końcu pokazuje się mój numerek. Lecę do okienka, daję papiery, nie zważając na Agambenowskie rozważania o biopolityce daję ochoczo wszystkie dziesięć palców do odciśnięcia, mówię po co chcę jechać do USA i …. idę do kolejnej kolejki.

Tym razem jestem częścią rzędu, który jest numerkiem, jestem więc ułamkiem, jakąś jedną dziesiątą. Jesteśmy już coraz bliżej, więc wszyscy podekscytowani. Oglądaliście Atlas Chmur? Pamiętacie tę scenę, jak klony w płaszczach uroszczyście idą przez halę i śpiewają? O tę:

Screenshot 2016-05-20 18.03.50

Bawiąc się tym skojarzeniem, próbuję nie pamiętać jak się ta podniosła scena kończy. Obok można nawet kupić kawę, ale ostatnie pieniądze poszły na aptekę. Jest strzałka to toalety, ale wolę się zsikać niż przegapić kolejkę.

W końcu wołają nasz rząd. Jesteśmy cali w skowronkach i chętnie byśmy pobiegli, ale idziemy powoli i godnie, bo w końcu to ambasada. Stajemy w kolejce. Teraz to już tylko 10 minut. Dostaję się do okienka. Znowu papiery i palce. Trzy pytania: gdzie, po co, jak to do archiwum, jak długo w UK, podróże. Trwa to może minutę. Pani w okienku, mruczy, że wiza granted i mi przyślą. Z instrukcji wiem, że paszport będę mogła odebrać za parę tygodni. Na szczęście już nie w Londynie, ale w moim miejscu zamieszkania. Tak jak przed wizytą sarkałam, że to niesprawiedliwe, że Polacy jako jedni z nielicznych z UE muszą  te cyrki przechodzić, tak teraz przepełnia mnie wdzięczność. Zgodzili się, żebym przez kilka miesięcy wydawała pieniądze w ich kraju. A zgoda ta kosztowała mnie tylko kilkaset dolarów i kilkanaście godzin, w tym kilka bez sikania i wody. Jadę do Ameryki!

 

 

 

4 rzeczy, których nie znoszę w Wielkiej Brytanii

Piszę ten tekst z łóżka. Nie mogę wstać, bo wpadnę w szafę. Nie mogę się przekręcić, bo walnę głową w parapet. W ogóle staram się nie ruszać, bo jedyne gniazdko wypada tak, że czajnik z wrzącą wodą stoi na parapacie, a kabel dynda nad łóżkiem. Chętnie byłabym poza łóżkiem, bo pościel śmierdzi papierosami, a sprężyny materaca wbijają mi się w plecy. Ale nie mogę, bo nie mam ochoty stać i patrzeć na brudną kartkę „no smoking 50 pounds  penalty”. Jak nigdy nie paliłam tak teraz mam ochotę.

Chciałabym napisać, że jestem w podrzędnym hotelu, ale przez gardło mi to nie przejdzie, bo płacę 55 funtów za noc (London, of course)  i oczekiwałam przynajmniej dwóch metrów kwadratowych i okna, które nie jest w rogu i nie wychodzi na ścianę.  Na parapecie po drugiej stronie gołąb grucha głucho i ze spokojem robi na śmieci walające się na dole.

Ten właśnie nastrój sprawił, że w końcu postanowiłam napisać o tym, co mnie w Anglii uwiera, boli, wkurza.

Zacznę od tego, że ja naprawdę lubię ten kraj. Pewnie w ogólnym rozrachunku nie jest tu ani lepiej, ani gorzej niż nigdzie indziej, ale istnieją pewne rzeczy, które czasem przechylają szalę na jedną lub drugą stronę. Nigdy nie planowałam tu zamieszkać, a gdy już tak się stało to i tak nie do końca odczuwałam wszystkie zalety i wady brytyjskiego życia, bo uniwersytet jest w pewnym sensie państwem w państwie. Jednak w drugim roku pobytu na Wyspach poczułam, że uzbierało się na tekst złożony z samych lamentów. A zatem:

  1. Cztery sekundy albo śmierć.

    Dosłownie cztery sekundy. 4. Policzyłam. Na skrzyżowaniu pod moim domem po 4 sekundach zielone światło dla pieszych zmienia się na czerwone. Co prawda potem nie rozjeżdża mnie samochód (z tą śmiercią przesadziłam, bo chciałam, żeby dramatycznie zabrzmiało), ale też nigdy nie ryzykowałam i zwykle w podskokach przebiegałam na drugą stronę. Ale co z dzieckiem? Ze starszą osobą? Z kimś, kto wolno chodzi albo nie ma ochoty na wyścigi? Na niektórych skrzyżowaniach „zielone” trwa dłużej, ale zwykle jest to jakieś kilkanaście sekund. W dodatku, żeby doczekać się na to, żeby bezpiecznie na zielonym przejść ulicę czasem trzeba sterczeć tam nawet 3 minuty. Brzmi krótko, ale uwierzcie – trwa wieki!

    Bieda tym, którzy muszą przejść przez pasy dwa razy, bo zielone dla pieszych jest jednocześnie po wszystkich czterech stronach. Kolejne 3 minutki czekania i 4 sekundy sprintu. Chyba, że tak jak ja przebiegną po przekątnej.

    Jedyny plus, że przechodzenie na czerwonym i nie na pasach jest legalne. Niby dobrze, ale jak widzę jak niektórzy piesi z tego korzystają to nigdy nie wsiadłabym za kółko, bo nie chciałabym mieć ich na sumieniu.

  2. Służba zdrowia.

    Z moich doświadczeń wynika, że sama mogłabym otworzyć przychodnię. Przyjmowałabym pacjentów z każdym problemem i przepisywała na każdą dolegliwość paracetamol.Przyznaję, że jest lepsza infrastruktura, zresztą pakuje się tu w służbę zdrowia tyle pieniędzy, że byłoby dziwne, gdyby było inaczej. Podobno niektórzy specjaliści też są doskonali. W dodatku Anglicy lubią chwalić się, że służba zdrowia jest bezpłata dla wszystkich, nikt nie pyta czy płacisz składki i czy jesteś tu legalnie. No świetnie, ale paracetamol mogę wziąć nielegalnie w domu, też bez składek.Tutaj moja droga do paracetamolu wygląda tak. Idę do „general practitioner” czyli lekarza od wszystkiego. Idę czyli dzwonię rano i opowiadam recepcjonistce, co mi dolega i nie korzystam z jej rady, żeby pójść do aptetki. Jeśli wiem, że nie muszę odpowiadać na jej pytania to uparcie powtarzam tylko, że chcę wizytę u lekarza. Jeśli udało się dodzwonić to dostaję numerek na ten sam dzień, jeśli nie to mogę umówić wizytę za trzy tygodnie. O umówionej godzinie stawiam się w przychodni i czekam pół godzinki w poczekalni z innymi chorymi, tak że szybko czuję się jeszcze chorsza. W końcu przyjmuje mnie lekarka, który nie jest lekarką tylko pielęgniarką, ale ja o tym nie wiem, więc nawet mi to nie przeszkadza. Mówię co mi dolega. Osoba w fartuchu kiwa głową. Pytam czy to może być związane z moją inną dolegliwością. Dowiaduję się, że osoba w fartuchu może zająć się tylko pierwszą dolegliwością. Zresztą, co za różnica skoro i tak i na to, i na to jest paracetamol. Tym razem jestem przygotowana i mówię: „Aha! Już brałam!”, ale otrzymuję polecenie, żeby wziąć więcej aż przestanie boleć.Zawsze mogę się wybrać do szpitala, gdzie po kilku godzinach na izbie przyjęć dowiem się, że tutaj mogą mi dać zastrzyk (zgadnijcie z czego? tak, z paracetamolu!), a dokładniej to się tym powinien zająć mój „general practitioner” (GP). Koło się zamyka.

    Aha, wszystko to co Wam wmawiali o tym, że musicie chodzić regularnie do ginekologa to bzdury. Tutaj się chodzi do tego samego GP i to tylko jak coś dolega, a co trzy lata na cytologię (no chociaż tyle!).

    Może w innych dzielnicach, miastach, hrabstwach jest inaczej i lepiej. Powiedzcie mi gdzie, a przeniosę się do lekarza w tych mitycznych krainach.

  3. Krajobraz po bitwie.
    W sobotę rano ulice wyglądają jak w wizji postapokaliptycznego świata. Puszki, papiery, butelki, kubki… Po prostu góra śmieci. Jasne, nie wszędzie i nie zawsze aż tyle, ale jest coś na rzeczy. Ludzie strasznie śmiecą, choć kosze stoją co parę metrów. Ostatnio widziałam jak dziewczyna jadła frytki na ulicy po czym bez kozery cisnęła tłuste pudełko za płotek do czyjegoś ogródka. Dorodne tulipany osowiały, dumne róże udawały, że ich to nie dotyczy, bez drgnienia płatków wpatrując się w pochmurne niebo.I to nie jest tak, że nikt nie sprząta. Zastępy ludzi ruszają każdego ranka odśmiecać miasto, bo niektórzy są przyzwyczajeni, że ktoś po nich posprząta. A najbardziej arogancką rzeczą, jaką słyszałam było, że w ten sposób ci drudzy zapewniając tym pierwszym prace…

    Niestety rzecz nie dotyczy tylko ulic, ale też kin, barów, autobusów etc. I nie myślecie, że śmieceniem zajmują się  zbuntowane nastolatki i antyspołeczni typkowie spod ciemnej gwiazdy. Z moich obserwacji wynika, że demokratycznie śmiecą wszystkie grupy społeczne, a niedemokratycznie sprzątają ten bajzel najbiedniejsi za najniższą krajową.

  4. Instant.

    A skąd właściwie tyle śmieci? Każda kawa nalewana jest do plastikowego lub w wersji super bio papierowego kubeczka, który po kilku łykach trafia do śmieci (wróć, na ulicę). (Chwała mojemu koledze, który chodzi z porcelanową filiżanką w róże i każe sobie tam nalewać). W każdym spożywczaku są pełne lodówki gotowego jedzenia – kanapki, makarony, sałatki, wrapy, wszystko. A najlepsze: obrane i pokrojone owoce. A i to nie wszystko: obrane, pokrojone i zapakowane w plastik warzywa, marcheweczki, ziemniaki, cukinie, co dusza zapragnie.  I to się sprzedaje w ogromnych ilościach. Bo nie dziwi mnie, że to istnieje, dziwi mnie, że to jest tak powszechne i masowe.

    Niech pierwszy rzuci pustym plastikiem po kanapce, kto nigdy nie kupił gotowego żarcia w sklepie przy drodze i nie obdarł z niego pięciu warstw plastiku. Mnie niestety to się zdarzyło i nie jestem z tego dumna.

    5.6. Miały być jeszcze dwa punkty, ale nie mogę nic więcej wymyślić. Jak mi jeszcze coś przyjdzie do głowy to napiszę.

    Wynarzekałam się za wszystkie czasy i trochę mi ulżyło. Jeśli chodzi o codzienne życie to wszystko powyższe jest niczym w porównaniu z tym, co mi się tutaj podoba, a o czym niebawem w „6 rzeczy, które uwielbiam w Anglii”.

    Uwaga: powyższe uwagi dotyczą moich osobistych doświadczeń, chętnie poznam Wasze.

Poranne czytanie

Zwykle piewszą rzeczą na jaką mam ochotę po przebudzeniu to na nowo zasnąć. Może mam niskie ciśnienie. Może wydaje mi się, że nic ciekawego mnie w ciągu dnia nie czeka.  Nie wiem. W każdy razie znalazłam dobry sposób na to, żeby wstać z łóżka w lepszym nastroju.

Jeśli tylko nie muszę pędzić gdzieś od samego rana to pierwsze co robię to sięgam po książkę. To takie moje dziesięć minut spokoju między snem a życiem.

Jest to jednocześnie uspokajające i pobudzające. Nie tak stresujące jak czytanie maili czy newsów, a jednak przenosi moje myśli w stronę ludzi, idei, zdarzeń. Jeszcze czuję się bezpiecznie we własnym łóżku, a już wiem, że tam gdzieś coś się dzieję, coś czeka, jest coś do zrobienia.

Mój mózg powoli przestawia się na dzienne tory. Porzuca senne majaki, bezkształtne i absurdalne, a zaczyna operować literami i zdaniami, układającymi się w logiczne ciągi. Wyświetla obrazy jasne i sensowne, nabiera oddechu i rozpędza się.

Jestem gotowa zacząć nowy dzień.

 

Dlaczego Kościół katolicki powinien być za „pigułką po”

Wszystko wskazuje na to, że niedługo w Polsce antykoncepcja awaryjna w postaci „pigułki po” będzie dostępna bez recepty. Zdania są podzielone, niektóre panie byłyby skłonne skorzystać z takiego rozwiązania i są zadowolone, że będzie to łatwo dostępne, niektóre nie i w żaden sposób nie wpływa to na ich życie.

Dostojnicy Kościoła katolickiego burzą się i chmurzą tak jakby oznaczało to, że każda kobieta będzie musiała się taką pigułkę faszerować. A w dodatku popić flaszką wódki, bo alkohol jest dostępny bez recepty w każdym monopolowym i nie tylko. A na koniec oczywiście papieros po, żeby dopełnić dzieła zniszczenia.

Stanowisko Kościoła katolickiego wydaje mi się jednak nieprzemyślane i zwyczajnie mnie dziwi. Widzę w tej sprawie dwie istotne kwestie.

Po pierwsze, Kościół może zająć stanowisko w sprawie słuszności takiego rozwiązania, ale nie ma prawa decydować o uniemożliwieniu skorzystania z niego całej rzeszy mieszkańców Polski, którzy wcale nie są co do jedego i co do jednej katolikami.

Po drugie, Kościół zdaje się traktować wiernych jak małe dzieci, które trzeba trzymać z dala od widoku słodyczy, bo inaczej będą się nimi objadać i grzeszyć, grzeszyć, grzeszyć. Stanowisko episkopatu jest następujące:

„stosowanie tzw. antykoncepcji doraźnej otwiera drzwi do istotnej zmiany kulturowej postaw i relacji międzyludzkich: propaguje swobodę seksualną i brak odpowiedzialności za podejmowanie relacji intymnych, banalizuje seksualność człowieka, niszczy ideał wyłączności relacji między kobietą i mężczyzną oraz pozwala na uwolnienie się od odpowiedzialności za drugiego człowieka”.

Od razu nasuwa się wątpliwość: ale przecież katolik, będący w tym przypadku katoliczką, nie będzie czegoś takiego stosować, choćby wszyscy wkoło ją do tego namawiali. Księża najwyraźniej mają inne zdanie. Pośrednio wynika z tekstu powyżej, że katolicy są odpowiedzialni w relacjach intymnych, traktują seksualność poważnie, kultywują ideał wyłączności między kobietą i mężczyzną, są odpowiedzialni za drugie człowieka tylko ze strachu przed niechcianą ciążą. W momencie kiedy tego zagrożenia nie będzie, bo można będzie połknąć pigułę po, wielu z nich złamie te zasady. A to oznacza nie mniej ni więcej, że to nie wiara nakłaniała ich do tego cnotliwego zachowania, a po prostu strach.

Wprowadzenie „pigułki po” może być więc dla katolików próbą wiary, czystości i innych cnót. Jeśli bowiem nie ma pokusy to nie ma możliwości grzechu. A jeśli nie ma możliwości grzechu to nie można powiedzieć, czy dane zachowania i wartości wynikają z prawdziwej wiary czy też z innych praktycznych pobudek.

Dostojnicy Kościoła postąpiliby o wiele lepiej, gdyby nie walczyli tak drapieżnie o zakaz wprowadzenia „pigułki po” bez recepty, a potraktowali swoich wiernych jak jednostki podejmujące wyboru podług wolnej woli.

P.S. Nie wchodzę tutaj w dygresje na temat wpływu Kościoła na ciało i seksualność swoich wiernych. Wstępując do tej wspólnoty muszą się z tym liczyć i podporządkować (ewentualnie przeprowadzić bunt lub schizmę).

Jak nie napisać pracy dyplomowej (ani niczego innego)

Pisanie wydaje się zajęciem łatwym i przyjemnym. Każdy niepiszący wie, że strumienie liter wytryskują kaskadami spod palców i sama układają się w zdania pełne sensu i niebagatelnego piękna. Każdy piszący zaś pewnie choć raz wpatrywał się w białą otchłań ekranu i nie był w stanie skazić jej ani jednym trafnym słowem.

Jak inni dwudziestoparolatkowie, którzy zdecydowali się studiować mam troszkę doświadczenia w pisaniu pracy dyplomowej, a jeszcze więcej w niepisaniu pracy dyplomowej.  Poniżej przedstawiam kilka rad jak nie napisać pracy dyplomowej. Można je również częściowo zastosować jeśli nie chcemy napisać książki, recenzji i w ogóle czegoś sensownego.

1. Pisz. Zacznij pisać od razu. Nie zastanawiaj się tylko pisz. Nie szukaj informacji, pisz!  Nie trać czasu, pisz!  Nie myśl, pisz!

2. Nie czytaj. Na pewno już wszystko wiesz i nic cię nie zainspiruje. W dodatku możesz zarazić się czyimś stylem, bo to przecież jak wirus.

3. Działaj spontanicznie. Nie ustalaj żadnego planu, a nuż jak będziesz mieć wenę to napiszesz wszystko w jedną noc.

4. Bądź jak tajny agent. Nie rozmawiaj z innymi o tym nad czym pracujesz. Nie pytaj nikogo o zdanie. Nie dziel się swoimi sekretami. Nie mów o sukcesach ani o porażkach. Nie pomogą, a wręcz mogą ukraść ci temat, pomysły, litery, ba nawet komputer.

5. Odpręż się na fejsbuczku. Co 10 minut. Na 10 minut.

6. Pisz 16 godzin dziennie. Przynajmniej. Jak już nie możesz to i tak pisz dalej. Może umrzesz w trakcie i problem z głowy. Nie oglądaj filmów. Nie spotykaj się z przyjaciółmi. Nie miej zainteresowań. W skrócie: nie miej życia prywatnego. Na to przyjdzie czas jak już napiszesz. O ile istnieje jakieś życie „po”.

7. Unikaj otwartych przestrzeni. Szczególnie tych skażonych zielenią i czystym powietrzem. Inhaluj się kurzem ze starych ksiąg i kuruj maścią z bakteri z klawiatury.

8. Nie marnuj czasu na gotowanie i jedzenie. Nie daj ukraść sobie kolejnych minut z życia, żeby zadośćuczynić tej upokarzającej biologicznej czynności. Jedz fast foody. Jak cię nie stać na fast foody to rób sobie codziennie kanapkę z serkiem topionym. Popij kawą. Ewentualnie colą lub napojem energetyzującym.  Jak poczujesz, że tracisz siły zjedz batonika. Jak nie stać cię na batonika to wyjedz cukier z cukierniczki w bufecie w bibliotece. Łyżeczka po łyżeczce. Nikt się nie zorientuje. Możesz też zrobić spichlerz z własnej klawiatury.

9. Nie rób notatek, zapamiętasz. Czy to genialny pomysł czy jakiś drobiazg to na pewno nie warto na to marnować rysika z ołówka. Skoro ta myśl raz przebiegła przez twoją głowę to na pewno jest gdzieś tam na zwojach mózgowych i w każdej chwili można do niej sięgnąć.

10. Zapisuj fragmenty pracy w różnych folderach pod nazwami takimi jak „ważne”, „kfdnud”, „fragment”, „xx”, „czesc1”.  Nie rób kopi zapasowych. Nie wysyłaj sobie fragmentów na maila.

Jeśli zaś chcesz szybko i efektywnie napisać pracę dyplomową lub inne wiekopomne dzieło jest tylko jedno rozwiązanie:

Z prywatnych dziejów sentymentalizmu: 6 miesięcy w Anglii

Czas pędzi. Gna. Ucieka. Właśnie się zorientowałam, że od naszej przeprowadzki do Anglii minęło juz prawie pół roku. Pół roku!

Lubię podsumowania. Są takie płaskie i wybiórcze. Pół roku zdarzeń i myśli zostaje skondensowane i sprasowane. Zamiast niezrozumiałego nurtu życia mam tabletkę zawierającą „wszystko, co ważne”. Łatwą do przełknięcia.

A więc krótkimi słowy. Było intensywnie. Szukanie mieszkania, kupowanie łyżek do kuchni, sadzenie kwiatków i tysiące innych małych uroczych chwil. Mnóstwo małych-wielkich spraw, które trzeba załatwić w nowym kraju. W myślach nazywam to zapuszczaniem korzeni.

Było ciekawie. Nowe ulice, nowi ludzie, nowy język (o tak! Mancunian dla mojego niewprawnego ucha nie równał się angielskiemu).

Było inspirująco. Tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze uniwersytet i początek pracy badawczej w doskonałej atmosferze i ze świetnymi intelektualnymi przewodnikami. Po drugie, małe rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy, ale na fali zmian zaczęliśmy robić. Chyba najfajniejsza z nich to niedawne odkrycie (częściowo na nowo) planszówek i RPG.

Było po prostu dobrze. Mimo tęsknoty za tymi, którzy zostali tam za morzem (oh, znowu mieszkamy na wyspie!) i tymi za dwoma morzami (na naszej drugiej [pierwszej?] wyspie). Tej tęsknoty, która pewnie nigdy nie minie, ale ma charakter bardziej sentymentalny niż traumatyczny. Dobrze w naszym nowym życiu. Dobrze z przyjaciółmi, których do siebie zwabiliśmy i tymi, których poznaliśmy na miejscu. Dobrze ze sobą, czy to w deszcu na rowerach, czy w chłodne dni przy kominku (a tak, mamy kominek, znaleziony w piwnicy), czy włócząc się bez celu gdzieś po ulicach nieznanego miasta.

A najkrócej: dobrze zrobiliśmy. Dobrze wybraliśmy czy też dobrze trafiliśmy. Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy mieszkać w Anglii. Kierowaliśmy się w wyborze głównie możliwościami, na co w dłużej mierze złożyła się jakość uniwersytetu i dostęp do zasobów (dla mnie archiwa i biblioteki, dla Davide to nawet nie wiem, jakieś zderzacze czegoś i laboratoria, ważne, że było tak jak należy). Rozważaliśmy jeszcze Stany Zjednoczone (za daleko), Szwecję (za drogo i za zimno), Singapur (ja, Davide się nie wypowiedział) i Niemcy (jak usłyszałam tę propozycję to wymyśliłam Anglię). I tak oto jesteśmy w Anglii. Przynajmniej na czas jakiś.

Ferment w mieście rewolucji

Dlaczego Manchester?

Dzisiaj 10 oficjalnych powodów, dla których warto odwiedzić kreatywną stolicę Północy. A może nawet zatrzymać się tu na dłużej. W każdym razie „Mankunianie ” mają powody do dumy.

  1. Rewolucja przemysłowa.

Tutaj zaczęła się historia nowoczesnej Europy, z wszystkimi jej dobrodziejstwami i przekleństwami. Przemysłowe miasto rosło i pęczniało, a wraz z rzeszą nowych ludzi pojawił się tłok i choroby. Krwią i potem robotników budowano system kanalizacyjny, by poprawić warunki sanitarne w mieście. W Muzeum Nauki i Przemysłu możemy przespacerować się kanałami, zobaczyć dawne toalety, rodzaje rur i maszyn, żeby zrozumieć, jak wiele mieszkańcy zawdzięczają czystej wodzie.

 

W manchesterskich fabrykach kilkuletnie dzieci dławiły się bawełnianym kurzem, ale też tutaj zaczęły powstawać silne związki zawodowe, organizacje dobroczynne i idee aktów prawnych chroniących pracowników. To właśnie tutaj w pierwszej publicznej bibliotece anglojęzycznego świata…

  1. …Marks i Engels zaczynają pisać Manifest Komunistyczny.

Kiedy Karol Marks przyjechał do Manchesteru, gdzie mieszkał Engels i gdzie powstała jego książka „Położenie klasy robotniczej w Anglii”, spotkali się w bibliotece Chetham, której podwoje były otwarte dla każdego żądnego wiedzy.

 

3. Pomysł na Harrego Pottera.

J. K. Rowling w kiepskim humorze w spóźnionym pociągu (uwierzcie, to nie zdarza się często, przypadek?) z Manchesteru do Londynu wpadła na pomysł opowieści o chłopcu-czarodzieju.

 

  1. Muzyka, dużo dobrej muzyki.

Wśród domków z czerwonej cegły, w deszczu, nad siwymi nitkami kanałów zaczynają grać Herman Hermits, Joy Division, The Smiths, Stone Roses, Oasis. Do tego musimy dodać pierwszy koncert Sex Pistols i wybuch punkrocku.

  1. Bo ja mogę teraz to pisać, a Wy przeczytać czyli pierwszy komputer.

Pierwszy komputer świata został skonstruowany i uruchomiony na Uniwersytecie w Manchesterze w 1948 roku. Maszynę pieszczotliwie nazwano Baby, bo zajmowała „tylko” jedno pomieszczenie. Obecnie imię jego twórcy Alana Turinga nosi budynek, gdzie mieści się Wydział Matematyki Uniwersytetu w Manchesterze. A to tylko jedno z długiej listy osiągnięć tej uczelni.

  1. Ceglany uniwersytet i intelektualny ferment.

Uniwersytet w Manchesterze to jeden z tak zwanych „red brick universities” czyli uczelni powstałych w przemysłowych miastach, gdzie o przyjęciu decydowały nie tylko pieniądze rodziców, ale też intelektualny potencjał i ciężka praca. Uczelnia może pochwalić się 25 (sic!) laureatami Nagrody Nobla. To właśnie tutaj przed kilku laty wynaleziono grafen, co także zostało nagrodzone tym prestiżowym wyróżnieniem.

Przedstawiciele nauk humanistycznych też mają się czym pochwalić. Manchesterska szkoła antropologii, nurt zapoczątkowany przez Maxa Gluckmana, zyskała sławę dzięki naciskowi na metodę „case study ” i analizę konfliktów klasowych.

Uniwersytet rozwija się bardzo dynamicznie i od 2007 roku liczba studentów, próbujących dostać się tu na studia jest najwyższa spośród wszystkich brytyjskich uczelni.

  1. Wynaleźć lek na raka.

W Manchesterze znajduje się ośrodek prowadzący pionierskie badania mające na celu wynalezienie leku na chorobę nowotworową. (+ Kolejny punkt dla Uniwersytetu, który w tym uczestniczy).

8. Sufrażystki.

Kilka ulic od siedziby uniwersytetu urodziła się założycielka ruchu sufrażystek, Emmeline Panhurst, która uwierzyła, że jej przeznaczeniem nie jest bycie „maszyną gospodarstwa domowego”.  Wraz z pięcioma innymi kobietami w swoim robotniczym mieście w 1903 roku założyła Women’s Social and Political Union. Z hasłem „Czyny, nie słowa!” sufrażystki wyszły na ulice i wywalczyły dla kobiet prawa wyborcze.

  1. Piłka nożna.

Pewnie znacie się na tym lepiej ode mnie, więc wiecie, o co chodzi.

  1. Niepowtarzalny styl.

Z czerwonej cegły i gotyckich łuków można zbudować naprawdę wiele. Mieszkańcom Manchesteru udało się stworzyć nie tylko kamienne piękno, ale i niesamowitą atmosferę.

Podsumujmy to polskim akcentem: i co z tego skoro ciągle pada?

Cyfra śmierci czyli jak rozpoznać fałszywego Chińczyka

Wyobraźcie sobie, że Wasz znajomy z Chin, nazwijmy go Han, zaprasza Was do siebie do Pekinu i podaje swój adres. Powiedzmy, że w polskim tłumaczeniu ulica będzie nosić nazwę Wiśniowa, numer 4, piętro 14, mieszkania 24. Gdybyście mieli problemy ze znalezieniem, dzwońcie na komórkę Hana: + 86 14 000 444. Myślicie, że gdybyście w przypływie spontaniczności postanowili skorzystać z zaproszenia Hana to na Wiśniowej 4 czekałoby na Was przytulne mieszkanko?

Niestety. Han nie jest Hanem i niech Was jego skośne oczy nie zmylą. Ewentualnie może być Hanem, ale nie Hanem chińskim. Ostatecznie jest Hanem chińskim, który przed czymś Was ostrzega lub zastawia na Was pułapkę. W każdym razie coś tu nie gra.

Wyjaśnienie jest proste, choć ciekawe. Pradopodobnie żaden Chińczyk nie mieszka pod numer 4, 14 lub 24, a nikt w Chinach nie posiada numeru 14 000 444. Dlaczego? Chińczycy cierpią bowiem na tetrafobię, czyli strach przed liczbą 4. Przesąd o pechowości tej liczby wynika z tego, że w języku chińskim słowo „cztery” i słowo „śmierć” są fonetycznie bardzo podobne.

Cztery wymawia się si’/sei (pinyin/jyutping), a śmierć si/sei( pinyin/jyutping). Jeszcze gorzej jest z liczbą 14, która brzmi jak fraza „na pewno śmierć” i liczbą 24, po wymówieniu której otrzymujemy słowa „łatwa śmierć”.

W związku z wiarą w moc liczb Chińczycy unikają czwórki jak ognia. W budynkach nie ma czwartego piętra ani mieszkań o numerach 4,14 i 24. Nie znajdziemy też bloku numer cztery ani nie zaparkujemy samochodu w miejscu oznaczonym czwórką. Liczby te są pomijane lub zastępowe odpowiednio 3A, 13A, 23A.

W codziennym życiu unika się używania słowa cztery. Chińczyk zapewne woli spędzić jeden dzień więcej w pracy niż rozpocząć urlop 4 kwietnia.

Władze Chin starają się nie podsycać histerii wokół feralnej liczby. Jednak w pewnych sytuacjach praktyczniej jest wziąc pod uwagę moc tego przesądu. Tak też postąpili urzędnicy w jednym z chińskich miasteczek, zakazując wydawania tablic rejestracyjnych zawierających czwórkę. W ten sposób procedura okazała się znacznie sprawniejsza, bo rozwiązał się problem osób, które po uzyskaniu numeru rejestracyjnego z czwórką ubiegali się o przyznanie innego numeru. Innym przykładem są igrzyska olimpijskie. Przypuszcza się, że Chiny nie ubiegały się o organizację igrzysk w 2004 roku ze względu na ostatnią cyfrę tej daty, a wolały poczekać do roku 2008 (ósemka uważana jest za liczbę szczęśliwą).

O tetrafobii należy pamiętać także prowadząc interesy w Azji. Finlandzka Nokia zdecydowała się nie wprowadzać na rynek chiński produktu Nokia 4000 oraz zrezygnował z numerów telefonicznych zaczynających się od czwórki.

Strach przed liczbą 4 nie dotyczy wyłącznie Chińczyków, ale także innych narodów azjatyckich, w których językach na skutek zapożyczeń z chińskiego występuje to samo zjawisko fonetyczne. Musimy więc zachować poczwórną ostrożność podróżując do Japonii, Malezji, Korei, Wietnamu i Singapuru. Po pierwsze, jeśli macie 24 lata to w rozmowie z Azjatą lepiej odmłodzić się o rok. Po drugie, nie domagajcie się głośno czterech kaw. Po trzecie, nie umawiajcie się z nikim czwartego kwietnia o czwartej. Po trzecie A, poprzestańcie na trzech.

Biblioteka idealna

Nastał czas letni, którego dni długie a jasne najprzyjemniej spędzić w bibliotecznym kurzu wsród szelestu grubych ksiąg. Dobrze urządzona biblioteka publiczna powinna zajęcie to umilić i uprościć. Ale jak? Zerknijcie na podpowiedzi, których udziela Umberto Eco.

Czy Wasze doświadczenia biblioteczne zgadzają się z wizją włoskiego filozofa? Najgorszą z dużych bibliotek, do których trafiłam była biblioteka miejska w Palermo, a najlepszą ta w Manchesterze. Do łódzkiej biblioteki wojewódzkiej mam duży sentyment i doceniam przeprowadzone tam ostatnio zmiany, ale myślę, że niektóre z poniższych wytycznych autorstwa Eco nadal tam obowiązują. Na szczęście pozostaje jeszcze BUŁ, choć wszystkimi jej urokami cieszyć się mogą tylko studenci.

Sprawdźcie sami czy Wasza biblioteka została zorganizowana tak jak na początku lat 80. marzyło się to Umberto Eco:

JAK URZĄDZIĆ BIBLIOTEKĘ PUBLICZNĄ

  1. Katalog winien być poszatkowany na jak najwięcej działów; należy z wielką pieczołowitością oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, oba zaś od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od tych, które zakupiono dawniej. Ortografia w obu tych katalogach (nabytków nowych i dawnych) winna być w miarę możliwości zróżnicowana; na przykład w nabytkach nowych retoryka pisze się przez jedno t, a w dawnych – przez dwa; Czajkowski w nabytkach nowych przez Cz, w dawnych – z francuska, przez Tsch.
  2. Tematy ma określać bibliotekarz. Książki nie powinny zawierać w kolofonie wskazówki co do tematu, pod jakim należałoby je zakatalogować.
  1. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wypisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.
  2. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.
  1. Nie ma potrzeby wypożyczać więcej niż jedną książkę na raz.
  2. Książki, dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej, tak więc należy oddzielić w swoim życiu dwa fundamentalne aspekty: jeden dotyczący lektury, drugi – sprawdzania. Biblioteka ma zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, bo od tego można przecież dostać zeza.
  3. Unikać wyposażenia biblioteki w jedną chociażby kopiarkę; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej ma być pracochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż w mieście, limity bardzo niskie, co najwyżej dwie, trzy stroniczki.
  4. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby bowiem w pracy), za potencjalnego złodzieja.
  5. Dział informacji winien być nieosiągalny.
  6. Należy zniechęcać do wypożyczania.
  7. Wypożyczanie międzybiblioteczne winno być maksymalnie utrudnione, a w każdym razie wymagać całych miesięcy czekania. Najlepiej jednak zadbać o to, żeby zapoznanie się ze stanem posiadania innych bibliotek było niemożliwe.
  8. W konsekwencji tego wszystkiego kradzież książek winna być ułatwiona.
  9. Godziny otwarcia biblioteki winny dokładnie pokrywać się z godzinami pracy, przedyskutowanymi wcześniej z przedstawicielami związków zawodowych; biblioteka ma być poza tym zaryglowana na cztery spusty w soboty, niedziele oraz w porze obiadowej. Największym wrogiem biblioteki jest pilny student; najlepszym przyjacielem – Don Ferrante, człowiek, który ma własną bibliotekę, nie musi więc chodzić do biblioteki publicznej, której zapisuje jednak swój księgozbiór.
  10. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolwiek w obrębie biblioteki; w żadnym razie nie może być mowy o posilaniu się poza biblioteką, jeśli nie zwróci się wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić je od nowa.
  11. Nie dopuszczać do odzyskania następnego dnia czytanej książki.
  12. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto wypożyczył brakującą książkę.
  13. Jeśli się tylko uda – żadnych ubikacji.
  14. W sytuacji idealnej czytelnika powinien obowiązywać zakaz wstępu do biblioteki; zakładając jednak, że do niej wtargnął, nadużywając w małostkowy i mało sympatyczny sposób swobód przyznanych mu wprawdzie przez Wielką Rewolucję, lecz nie przyswojonych jeszcze przez zbiorową wrażliwość, w żadnym razie nie może, i nigdy nie będzie mógł mieć dostępu do półek z książkami – jeśli pominie się prawo do pospiesznego przemknięcia przez bibliotekę podręczną. (…)

 

(1981)

U. Eco, Zapiski na pudełku od zapałek, Poznań 1993, s. 21-23.