Archiwa kategorii: słowa nie nasze

Nieprzetłumaczalne: culaccino

Włoskie słowo culaccino rozczarowało mnie podwójnie.

Po pierwsze, nie odnosi się bezpośrednio do kawy. Nawet nie do herbaty.

Po drugie, Davide twierdzi, że go nie zna. Nigdy nie słyszał. Nic nie wie.

Czym więc jest culaccino?

Culaccino to ślad pozsotawiony na stole przez zimną szklankę. Zimną? Chyba mokrą? Sprawdziłam dwa razy. Zimną. Użyłam mózgu. Nie zadziałało. Spytałam Davide i po usłyszeniu wyjaśnienia powiedziałam, że to takie oczywiste i że od początku wiedziałam.

A więc działa to tak: Zimna woda w szklance sprawia, że szkło jest zimne. Przy okazji woda w porównaniu do innych substacji wolno zmienia temperaturę, więc szklanka jest przed relatywnie długi czas zimna. Para wodna, ktora jest na zewnątrz skrapla się na zimnym szkle. Stawiamy szklankę na stole i oto mamy mokry ślad czyli culaccino.

Wytarcie culaccino łokciem lub rękawem nie należy do przyjemności, ale nie pomyślałabym, że temu „zjawisku” należy się osobne słowo.

Pogrzebałam jeszcze chwilę w otchłaniach Internetu. Jest jeszcze druga wersja. Ślad pozostawiony na stole przez brudną szklankę. Aha! A więc jednak. W tym wypadku kawa i herbata sprawdziłyby się równie dobrze jak woda.

Źródło obrazka: wifive.pl

Nieprzetłumaczalne: tęsknota za podróżą

 

W zakamarkach niemieckiej duszy wciąż przewija się ten element. Pęd ku nowemu, nieznanemu, odległemu. Siła życiowa, która nie pozwala stać w miejscu.

Splot uczuć skomplikowany, acz zdarzający się tak często, ze stopiony w jedno słowo.

Niemieckie Wanderlust to silne pragnienie poznawania świata, impuls, który popycha nas do podróżowania i wędrowania. Słowo to powstałe z wyrazów wandern (wędrować) i Lust (pragnienie) pojawiło się już w średniowieczu. W XIX wieku w okresie romantyzmu opisywano nim potrzebę pieszych wędrówek i zbliżenia człowieka z naturą. Obecnie Wanderlust odnosi się do konieczności zmiany, która może być wynikiem chęci ucieczki od problemów lub potrzeby samorozwoju poprzez spotkanie z nieznanym i stawienie czoła wyzwaniom.

Tęsknota za podróżą zaś wyrażana jest słowem Fernweh. Wyraz ten stworzono w opozycji do Heimweh – tęsknoty za domem. Próbując pojąć pełnię tego pojęcia odnieśmy się do jego źródłosłowia: fern – odległy, daleki, weh – ból duszy, boleść.

Fernweh to zatem bolesne pragnienie bycia gdzie indziej, podróżowania do dalekich miejsc, tęsknota za czymś odległym, być może za miejscem, gdzie nigdy nie byliśmy.

Kobieta trzydziestoletnia

Po 134 latach od  pierwszego wydania ze skandalu została nuda, z nowatorstwa banał, ze śmiałości zachowaczość. Nikogo już bowiem nie zdziwi , że Balzac w „Kobiecie trzydziestoletniej” nazywa małżeństwo legalną prostytucją, a zamiast wychwalać uroki młodzieńczej miłości dostrzega zalety dojrzałej kobiecości. Tym, co niezaprzeczalnie zachowuje wszystkie dawne walory jest styl. Narracja, choćby taka, której głębia dla współczesnych może być już płycizną, toczy się gładko,  uwodząc każdym słowem.

Nie namawiam Was do sięgnięcia do całości, ale chętnię podzielę się jednym z najsmakowitszych fragmentów, urzekającym opisem postaci, tytułowej kobiety trzydziestoletniej:

„Margrabina, wówczas licząca trzydzieści lat, była piękna, mimo że wątła i niezmiernie delikatna. Największy jej urok płynął z fizjonomii, której spokój zdradzał zadziwiającą głębię. Oko pełne blasku, ale jakby zamglone myślą, kryło wraz gorączkowe życie i bezmierną rezygnację. Powieki zawsze skromnie spuszczone ku ziemi, podnosiły się rzadko. Jeśli spoglądała wkoło, czyniła to smutnym ruchem; rzekłbyś, iż zachowuje ogień swych źrenic na jakieś tajemne wizje. Toteż każdy nieprzeciętny człowiek odczuwał szczególny pociąg do tej łagodnej i cichej kobiety. O ile inteligencja starała się przeniknąć tajemnicę jej ciągłej ucieczki w przeszłość, dusza niemniej pragnęła poznać sekret serca jak gdyby dumnego ze swych cierpień. Nic zresztą nie niweczyło wrażenia, jakie budziła na pierwszy rzut oka. Jak wszystkie prawie kobiety o bardzo długich włosach, była blada i bardzo biała. Skóra jej, nadzwyczaj cienka – znak rzadko zawodny – przyrzekała wrażliwość, a potwierdzały to rysy posiadające ową cudowną subtelność, jaką chińscy malarze dają swym fantastycznym postaciom. Szyja była może przydługa: ale takie szyje mają najwięcej wdzięku; dają głowie kobiecej magnetyczne ruchy węża. Gdyby nawet nie istniała żadna z oznak, jakimi zdradzają się najskrytsze charaktery, wystarczyłoby przyjrzeć się ruchom głowy i falowaniu szyi, aby ocenić kobietę.

Strój pani d’Aiglemont był w harmonii z myślą skupioną w jej osobie. Włosy zaplecione w grube warkocze tworzyły wysoką koronę bez żadnej ozdoby, jak gdyby margrabina na zawsze pożegnała się ze strojem. Nie można było jej pochwycić na owych mizernych sztuczkach zalotności, którymi szkodzi sobie wiele kobiet. Ale stanik jej, mimo iż skromny, nie mógł całkowicie zakryć wdzięku kibici. Cały zbytek jej długiej sukni polegał na wykwintnym kroju; jeśli wolno jest szukać myśli w spożytkowaniu materii, można by rzec, iż liczne i proste fałdy dawały jej coś bardzo szlachetnego. Niezatarte cechy kobiety przejawiały się może w wielkiej dbałości o rękę i nogę, które pokazywała z pewnym upodobaniem; ale najzłośliwsza rywalka nie mogłaby jej pomówić o mizdrzenie się, tak bardzo ruchy te zdawały się mimowolne lub płynące z nawyku. Te resztki zalotności okupywała pełna wdzięku niedbałość. Te wszystkie szczegóły, ten całokształt drobiazgów, które stanowią o urodzie lub brzydocie, o wdzięku lub braku wdzięku u kobiety, można tu jedynie zaznaczyć, zwłaszcza gdy, jak u pani d’Aiglemont, dusza jest węzłem wszystkich szczegółów i daje im rozkoszną harmonię. Toteż wzięcie jej godziło się cudownie z charakterem twarzy i stroju. Dopiero w pewnym wieku, pewne wybrane kobiety umieją dać wymowę swej postaci. Czy to zgryzota, czy szczęście dają trzydziestoletniej kobiecie, szczęśliwej lub nieszczęśliwej, tajemnicę tego wymownego wzięcia? Będzie to zawsze żywą zagadką, którą każdy tłumaczy w duchu swoich pragnień, nadziei lub teorii. Sposób, w jaki margrabina wspierała się o poręcz fotela i zaplatała palce, jak gdyby bawiąc się nimi, pochylenie szyi, bezwład znużonego, ale giętkiego ciała, które zdawało się z wdziękiem złamane w fotelu, niedbale wyciągnięte nogi, leniwa poza, ruchy pełne zmęczenia; wszystko to znamionowało kobietę, której nie zajmuje w życiu nic, która nie zaznała rozkoszy miłości, ale marzyła o nich, i która ugina się pod ciężarem wspomnienia; kobieta, która od dawna zwątpiła o przyszłości albo o sobie; kobieta niezajęta, która bierze pustkę za nicość.”

Kropelka szwedzkiej poezji

Po deszczu

Niebo po letnim deszczu jak klisza rentgenowska,
gdzie widać światło i niepewne cienie.
W cichym lesie ani ptaka.
Twoje oko jak kropla rozlana pod chmurą
odbija świat: światło i te cienie.
I nagle wiesz, kim jesteś:
cudzoziemiec zgubiony między duszą a chmurą,
tylko cienka błona obrazu
oddziela głębię świata od ciemności oka.

Lars Gustafsson

Hikikomori

Granica między zjawiskiem kulturowym a chorobą jest arbitralna. Parę lat temu uświadomiłam to sobie czytając o swojskim kołtunie, negi-negi i schizofrenikach, którzy w Europie są zamykani w szpitalach psychiatrycznych, a w Afryce Subsaharyjskiej zostają szamanami. Dziś przypomniałam sobie o tym trafiając na japoński termin „hikikomori„. Słowem tym nazwane zostało zjawisko skrajnej izolacji społecznej dotyczące setek tysięcy młodych Japończyków. Obecnie uważa się je za chorobę cywilizacyjną, a dotknięte nim osoby poddaje leczeniu.

Schemat jest podobny. Młody człowiek obciążony wymaganiami japońskiego systemu szkolnictwa i wychowania staje się coraz bardziej wycofany i osamotniony. W końcu decyduje się spędzać cały wolny czas samotnie w swoim pokoju, a w skrajnych przypadkach przestaje w ogóle wychodzić ze swojej twierdzy, wyposażonej w łącze internetowe i dostawy jedzenia serwowane przez nieźle sytuowanych rodziców. Nie nawiązuje żadnych zwykłych kontaktów społecznych. Do toalety lub do kuchni wymyka się w nocy tak, żeby nie spotkać nikogo z domowników. Zagłębia się w świecie internetu, książek lub gier komputerowych. Niekiedy popada w depresję. Niekiedy przystosowuje się do życia w stworzonym przez siebie świecie. Odmawia opuszczenia pokoju/domu. 

Możliwość rozwinięcia się fenomenu hikikomori (dosłownie: wciągnięcia do środka; bycia ograniczonym; istota odosobniona) to wynik splotu czynników kulturowych. Zjawisko to występuje w kilku krajach Azji (głównie Japonia, Korea Południowa, Tajwan), gdzie wysoki poziom życia i rozwoju technologicznego współwystępuje ze specyficznym system szkolnictwa.

Z szacunkiem dla wszystkich cierpiących z powodu hikikomori, czy nie wydaje Wam się, że perspektywa zamknięcia się w bezpiecznym gniazdku ze stosem książek i stałą dostawą żywności jest kusząca?

 

 

Końskie idiomy czyli o użyteczności słówka „horse”

Anglikom zdarza się jeść jak koń, śmiać się jak koń, mieć koński rozum, a nawet urządzać końskie harce. Tak jak my zaglądają też darowanemu koniowi w zęby. W dodatku to, co się z jego paszczy usłyszy to wiarygodna informacja. Jak widać koń był wdzięcznym źródłem do tworzenia metafor, bo koń jaki był każdy widział.

Konia realnego, konia z kopytami, widuje się coraz rzadziej, ale figurę konia, konia słownego, napotkać można nader często we współczesnej angielszczyźnie. Dziś postanowiłam przyswoić sobie kilka końskich idiomów:

change horses in midstream – zmienić zaprzęg w połowie brodu, zawrócić w połowie drogi, zmienić plany w trakcie

a willing horse – gorliwy pracownik

eat like a horse – jeść jak wilk, jeść bardzo dużo

a dark horse – wielka niewiadoma, niespodziewany zwycięzca, osoba, o której niewiele wiadomo, a może się wykazać wielkimi umiejętnościami

flog a dead horse – wysilać się na próżno, próbować zainteresować kogoś nieaktualnym już tematem,młócić słomę, też: rozdrapywać rany

hold your horses – wstrzymaj się, poczekaj chwilę

a horse laugh – donośny, chrapliwy śmiech

a horse of a different colour – coś zupełnie odmiennego, przeciwieństwo, inna para kaloszy

horse sense – zdrowy rozsądek, chłopski rozum

horseplay – dzikie wybryki, głośna i niebezpieczna zabawa

there are horses for courses – właściwi ludzie na właściwym miejscu

the iron horse – kolej żelazna

look a gift horse into the mouth – zaglądać w zęby darowanemu koniowi

lock the stable door after the horse has bolted – próbować zapobiec czemuś na co jest już za późno, mądry Polak po szkodzie

to get off one’s high hourse – przestać się rządzić

put the cart before the horse – robić coś na opak, w złej kolejności, zabierać się od złej strony

straight from the hourse’s mouth – z pierwszej ręki, z wiarygodnego źródła

Znacie jeszcze jakieś?

 

Kuna matata – problemy Europejczyków z językami Afryki Subsaharyjskiej

Dwie intensywne lekcje suahili za mną.

W małej grupie spotykającej się wieczorami są sami Europejczycy. Niektórzy byli już w Afryce i wiedzą co nieco, niektórzy tak jak ja znają Czarny Ląd tylko ze zdjęć i opowieści.

Jednak dla wszystkich język suahili jest wciąż czymś w miarę nowym i świeżym.

W naturalny sposób przyrównujemy go do języków, które już znamy i stąd częste niespodzianki.

Jakie? Co zaskoczyło nas na początku?

1) W języku suahili nie ma rodzajów. Ani męskiego. Ani żeńskiego. Ani nijakiego.

Podkreślanie płci w językach subsaharyjskich zaczęli wprowadzać dopiero Europejczycy w okresie kolonizacji Afryki. W ich sposobie myślenia podział na męskie i żeńskie był zasadniczy. Dlatego jeśli koniecznie chcemy podkreślić płeć np. wykonawcy jakiejś profesji lub dziecka mówimy: dziecko płci męskiej/żeńskiej, dziennikarz płci męskiej/żeńskiej etc.

2) Klasy rzeczowników. Rzeczowniki w zależności od tego czy opisują istoty żywe, siły przyrody, przedmioty czy inne zjawiska są przyporządkowane do klas, które rozpoczynają się od tego samego dźwięku, np. mtu – człowiek, mtoto – dziecko, mwandishi – dziennikarz.

Nie tylko nie ma gramatycznego podziału na męskie/żeńskie, ale także podział ludzie/nie-ludzie nie jest tak oczywisty jak w językach europejskich. Wiele nazw zwierząt należy do tej samej klasy rzeczowników co nazwy opisujące osoby: mbwa – pies czy mbweha – lis.

Bardziej wyraźną linię podziału można przeprowadzić między kategoriami ożywione/nieożywione.

3) Konkordacja. Jeśli rzeczownik zaczyna się np. od „ki” to przymiotnik i liczebnik też będą zaczynać się od „ki”, np. kitabu kimoja kizuri – jedna ładna książka.
Pokazuje to przy okazji, że suahili opiera się w dużej mierze na prefiksach – sylabach/literach dodawanych na początku słowa.

Oczywiście bogactwa języków subsaharyjskich nie da się opisać tylko na przykładzie suahili. Jednak język ten wskazuje na pewne tendencje, które dla Europejczyków mogą być zupełną nowością. A przede wszystkim pokazują  różnorodność i względność sposobów myślenia o świecie i systematyzowania świata.

Dzbanek wody. W tle Giorgio prowadzi lekcje suahili

Język angielski: historic vs. historical

words

Po polsku – historyczny.

Po angielsku – historic lub historical.

historic – o wyjątkowym znaczeniu historycznym, wiekopomny, istotny z punktu widzenia historii

np. historic changes, historic event, historic figure

historical – odnoszący się do historii, pochodzący z przeszłości, związany z pojęciem „historyczność”

np. historical period, historical research, historical books

 

(Przysłówek w obu wypadkach będzie brzmiał historically)

Tyle gramatyka. A w praktyce – kto decyduje co tylko odnosi się do historii, a co ma dla niej specjalne znaczenie? Gdzie przebiega granica? Oczywiście w naszym myśleniu o przeszłości.