Archiwa kategorii: język/kultura/historia

Manchester – zacznijmy od początku

Od początku czyli od słowa.

Manchester. Man. Chester.

Drugiej części możemy być pewni. Pochodzi od staroangielskiego ceaster, oznaczającego miasto/miejscowość. To zaś wywodzi się od łacińskiego castra czyli obóz/fort. Podbijając Brytanię w I wieku p.n.e. Rzymianie założyli fort na terytorium zajmowanym przez celtyckie plemię Brygantów. Rdzenni mieszkańcy nazywali swoją osadę Mamucio.

Tutaj zaczynają się wątpliwości. Przypuszczalnie nazwa ta opisać miała miejsce jako wzgórze w kształcie piersi od celtyckiego słowa mamm – pierś.

Inna teoria mówi, że źródłosłowia należy doszukiwać się w brytońskim mamma – matka, które oznaczać miało przepływającą tamtędy rzekę-matkę Medlock. Niewkluczone także, że wywodzi się od słowa mam, które po irlandzku oznacza kobiecą pierść, a po walijsku matkę.

Rzymianie zastawszy tę nazwę zlatynizowali ją do formy Mamucium, która około XI wieku przekształciła się w Mameceastre. Zapis nazwy ewoluował, aż w XVI wieku osiągnął formę Manchestere, najbliższą nazwie współczesnej.

Często zdziwienie budzi fakt, że mieszkańców Manchesteru określa się mianem Mancunians. Kto pamięta o rzymskim forcie Mamucium nie będzie zaskoczony.

Wilk z ulicy Murowej

Wall Street. To brzmi dumnie. Nazwa słynnej nowojorskiej ulicy, przy której mieści się giełda wypada gorzej w polskim tłumaczeniu – Murowa. Czy ktoś tam jednak widział jakiś mur? Mało kto. Jednak gdy staniemy na środku ulicy i dobrze się przyjrzymy to dojrzymy kilka elementów z bardzo starego drewna, tak zdeptanego, że przypominającego kamień. Mur zachował się już tylko w tych kilku zmurszałych kawałkach i słynnej nazwie.

Każdy kto był kiedyś w Nowym Yorku albo chociaż, tak jak ja , wybrał się na wycieczkę po mapach Google zastanawia się teraz pewnie po co mur w środku miasta. Cofnijmy się w czasie do okresu, kiedy Nowy Jork nie był jeszcze Nowym Jorkiem, a Nowym Amsterdamem czyli pierwszej połowy XVII stulecia.

Przedsiębiorczy Holendrzy, którzy założyli osadę o tej nazwie, odkupili od miejscowych Indian wyspę Manna-hata za 60 guldenów holenderskich lub, jak mówią inne źródła, garść szklanych paciorków. Tak czy inaczej, interes zrobili wyśmienity i postanowili jakoś zabezpieczyć się przed Brytyjczykami, których apetyt na rosnący w siłę ośrodek handlu zaostrzał się z biegiem czasu. W handlu jednak Holendrzy najwyraźniej byli lepsi niż w sztuce wojennej, bowiem uznali, że drewniany płot (zwracając im honor: później przebudowany w solidną palisadę) załatwi sprawę.

Czemu jednak na środku wyspy? A dlatego, że obecny środek był ówcześnym brzegiem. Usytuowanie muru nie budzi już wątpliwości, trzeba przyznać, że było ze wszelkich miar rozsądne. Dopiero wiele lat później mieszkańcy miasta wpadną na pomysł, żeby powiększyć wyspę zasypując kamieniami i ziemią spory pas wody.

Jednak zanim wyspa się rozrosła Anglicy postanowili, że najwyższy czas przejąć ją w posiadanie. Chciałoby napisać się „zdobyć”, ale o zdobywaniu nie było mowy, bo Holendrzy ostatecznie uznali, że walczyć nie warto i oddali miasto w ręce nowoprzybyłych. Nazwę niemal natychmiast zmieniono na Nowy York, niezbyt pomysłowo trzeba przyznać. I na tym zmiany się właściwie skończyły – nie tylko nikomu nie poderżnięto gardła,  ale urzędnicy utrzymali swoje posady, transakcje nadal odbywały się po holendersku, a jeśli komuś nowy/stary porządek się nie podobał to mógł skorzystać z darmowego biletu na statek do starego Amsterdamu.

Mur sie nie przydał. Po kilku latach (1699) został rozebrany, a pozostałe po nim drewno posłużyło do brukowania nowopowstałej ulicy. Posadzono tam platan, a w cieniu jego gałęzi handlowcy mogli robić interesy. Ale to już inna historia…

Jeśli Wielkanoc to tylko w Polsce

– Jak to nie malujecie jajek?
– Jak to malujecie jajka?
– Normalnie, farbami. Albo gotując w obierkach z cebuli.
– …

Rzeczywiście brzmi trochę dziwnie. Pokazuję więc zdjęcia. A tam jaja malowane na przeróżne sposoby. Davide nie ma więc wyboru, musi uwierzyć, że tego nie zmyśliłam.

– A w poniedziałek jest Śmigus-Dyngus.
– Co?
– No wiesz, oblewamy się wodą. Pamiętasz pierwszą scenę z czwartej części Dekalogu Kieślowskiego? To właśnie tak.
– Aha. A po co?
– ….

Mierzymy się wzrokiem.

– Nie mów, że nie topicie też kukły w rzece? – mówiąc to uświadamiam sobie, że może to brzmieć dziwnie.
– Nie. Ale może dlatego, że nie mamy rzek.

– To co właściwie robicie w święta wielkanocne?
– Rano idziemy do kościoła, potem jedziemy na wieś i jemy cały dzień, dużo mięsa. I właściwie to wszystko. Przynajmniej w mojej rodzinie. A skąd w ogóle u Was te dziwne, hmm, zwyczaje?

Właśnie, skąd? W kulturze polskiej wiele pogańskich obyczajów zostało wplecionych w obrzędowość chrześcijańską. Źródeł zwyczajów związanych z Wielkanocą należy szukać w słowiańskim święcie o nazwie Jare Gody.

Jare Gody (Wisenne Święto, Jare Święto) przypadają na okres równonocy wiosennej. Celem odprawianych wówczas obrzedów jest przegnanie zimy i rozpoczęcie wiosny. Tupiąc, wrzeszcząc i klekocząc czym się da ludzie wrzucali do rzeki kukłę Marzanny, słowiańskiej bogini zła i zimy, zwaną także Morą/Moraną/Moreną od praindoeuropejskiego rdzenia *mor / *mar oznaczającego śmierć.

Malowanie pisanek, symbolu życia i witalności, miało przynieść nową energię i radość życia. Obecny Śmigus Dyngus powstał z połączenia dwóch zwyczajów ? obmywania się w świętej wodzie i uderzania się nawzajem rozkwitłymi witkami.

To tylko kilka przykładów wielkanocnych zwyczajów, które obcokrajowcowi mogą wydać się barwne i urokliwe. Za rok Wielkanoc spędzamy w Polsce lub chociaż po polsku.

 

W tej kawiarni w obcym mieście…

Ten wiersz warto przeczytać dla samej formy. Przyjemności dostarcza już pierwsza warstwa. Strzępki myśli ułożone w wiersz nad kawą i książką, gdzieś tam, w obcym mieście, w Berlinie, w kawiarni. Wspomnienia przepływające obrazami przed oczami nakładają się na rytm teraźniejszości. Zapach, melodia, wątpliwość, nostalgia jak następujące po sobie litery układają się w słowa, które nie muszą nic znaczyć.

Godzinę temu, kartkując tomik wierszy Adama Zagajewskiego „Niewidzialna Ręka” trafiam na „Kawiarnię” i zdanie po zdaniu próbuję przetłumaczyć dla Davide słowo po słowie, sam nastrój, bez głębszych znaczeń. Poniżej wersja oryginalna i tłumaczenia angielskie, na szczęście dla czytających, w wykonaniu nie moim, a Clare Cavanagh.

 

KAWIARNIA

(w Berlinie)

W tej kawiarni w obcym mieście noszącej imię
francuskiego pisarza czytałem Pod wulkanem
ale już z mniejszym entuzjazmem. Jednak trzeba się leczyć,
pomyślałem. Chyba zamieniłem się w filistra.
Meksyk był bardzo daleko, i jego ogromne gwiazdy
świeciły teraz nie dla mnie. Trwało święto zmarłych.
Święto metafor i światła. Śmierć w roli głównej.
Obok kilka osób przy stolikach, różne przeznaczenia:
Rozwaga, Smutek, Zdrowy Rozsądek. Konsul, Yvonne.
Padał deszcz. Czułem małe szczęście. Ktoś wchodził,
ktoś wychodził, ktoś wreszcie wynalazł perpetuum mobile.
Byłem w wolnym kraju. W samotnym kraju.
Nic się nie działo, milczały armaty.
Muzyka nikogo nie wyróżniała; pop sączył się
z głośników leniwie powtarzając: jeszcze się wiele wydarzy.
Nikt nie wiedział, co robić, dokąd iść, dlaczego.
Myślałem o tobie, o naszej bliskości, o tym,
jak pachną twoje włosy, kiedy zaczyna się jesień.
Z lotniska wzbijał się w powietrze samolot,
jak pilny uczeń który wierzy w to,
co mówili dawni mistrzowie.
Sowieccy kosmonauci twierdzili, że nie znaleźli
Boga w przestworzach, ale czy szukali?
2008
CAFÉ
(in Berlin)
In that café in a foreign town bearing a French writer’s
name I read Under the Volcano
but with diminishing interest. You should heal yourself,
I thought. I’d become a philistine.
Mexico was distant, and its vast stars
no longer shone for me. The day of the dead continued.
A feast of metaphors and light. Death played the lead.
Alongside a few patrons at the tables, assorted fates:
Prudence, Sorrow, Common Sense. The Consul, Yvonne.
Rain fell. I felt a little happiness. Someone entered,
someone left, someone finally discovered the perpetuum mobile.
I was in a free country. A lonely country.
Nothing happened, the heavy artillery lay still.
The music was indiscriminate: pop seeped
from the speakers, lazily repeating: many things will happen.
No one knew what to do, where to go, why.
I thought of you, our closeness, the scent
of your hair in early autumn.
A plane ascended from the runway
like an earnest student who believes
the ancient masters’ sayings.
Soviet cosmonauts insisted that they didn’t find
God in space, but did they look?
Translation: 2008, Clare Cavanagh.

Bóg rozdaje ciastka bezzębnym… jak głosi sycylijskie przysłowie

Czasem słysząc sycylijskie przysłowie nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, czy taktownie milczeć. Oczywiście pod warunkiem, że cokolwiek się z niego zrozumie. Mnie przychodzi to z trudnością, bo dialekt sycylijski znacznie różni się od języka włoskiego. W wersji pisanej jestem jeszcze w stanie coś wykoncypować, ale fraza wypowiedziana zawiera dźwięki, których znaczenia już zupełnie nie pojmuję.

W sycylijskich mądrościach ludowych jest dużo wina, zemsty, rodziny, kobiet, boga, rad jak wieść sprytne i wygodne życie. A jednocześnie wiele pogody ducha, seksizmu, religijności, nieufności, obawy przed zmianą, humoru.

Spójrzmy na kilka przykładów:

„B’n ti’mpu e m’lu ti’mpu nun n’ra tutu u ti’mpu’ ” – Ani dobra, ani zła pogoda nie trwa wiecznie.

„Fimmine e tila ‚un si ‚nn’acc’ttanuu di sira’ ” – Nie wybieraj kobiety ani tkaniny wieczorem/w kiepskim świetle. 

„La donna e la gaddina si perdi si troppu cammina’ ” – Kobiety i kury gubią się, kiedy za wiele spacerują.

„Cui lassa la via vecchia pri la nova, li guai ch’un va circannu, dd’ li trova’ ” – Kto porzuca starą drogę na rzecz nowej, znajdzie problemy, których szuka.  (To moje ulubione, bo znaczy, że zmiana to szukanie problemów, więc lepiej zostać spokojnie przy starym porządku i nie wichrzyć. Oczywiście zwykle postępuję odwrotnie.)

„U Sign’;ri r’na ‚uviscuott’ a cu nun’  avi rienti ” – Bóg daje ciastka tym, którzy nie mają zębów. 

„Se nun si’ Re, nun fari liggi nova’ ” – Jeśli nie jesteś królem, nie ustanawiaj nowych praw. 

„Nun si po’ aviri la carni senz’ ossu” – Nie ma mięsa bez kości (czyli swojskie: Nie ma róży bez kolców).

„I palori nimici fannu ridiri, chiddi di l’amici fanni chianciri” – Słowa wrogów sprawiają, że się śmiejesz, słowa przyjaciół, że płaczesz. 

„Cu k surdu, orbu e ta ‚ ci, campa cent’ anni ‚mpaci” – Kto jest głuchy, ślepy i milczy ten żyje sto lat w spokoju.

„Cu scava na fossa ppi so frati, ci cadi dintra iddu” – Kto kopie grób dla swych braci, ten sam w niego wpada. 

„Pesci fet d’a testa” – Ryba psuje się od głowy. 

„A petra ufferta di n’amicu e comu un pumu” – Kamień otrzymany od przyjaciela jest jak jabłko. 

Uznajecie któreś z tych przysłów za wciąż aktualne?

 

Nowe nośniki słów

Czytanie bez książki? Przewracanie stron przyciskiem? Ekran zamiast papieru? W dodatku nie pachnie i nie szeleści tak jak powinno!

Taka była moje pierwsza reakcja na czytniki elektroniczne. Sceptycyzm jednak szybko stopniał, jak tylko do moich rąk trafił czytnik w całej swojej kindlowej postaci.

Obejrzałam podejrzliwie ze wszystkich stron, obwąchałam (a jednak, miałam rację, ani śladu zapachu! ), wyściskałam: ekran trochę jak papier, małe toto i poręczne, a w środku tysiące ksiąg w środku. Nie wyglądało zupełnie na narzędzie szatana, które sobie wyobrażałam.

Szybko przeszłam na ciemną stronę mocy, która okazała się (równie) jasną stroną mocy.

Dlaczego?

Plusy:

  • CZYTASZ, GDZIE CHCESZ

W tramwaju, w wannie, myjąc zęby, stojąc w kolejce (zapobiega eskalacji gniewu związanej z marnowaniem czasu), gimnastykując się (sprawdzone, działa), na plaży, spacerując. Szczególnie w podróży jest to świetne rozwiązanie: nie musisz dźwigać ton papieru, a masz pod ręką kilkadziesiąt pozycji. Podczas dłuższego pobytu za granicą masz stały dostęp do polskiej literatury, w tym tej najświeższej. Jasne, książkę też możecie czytać w wielu miejscach, ale zwykle jest to po prostu niewygodne i naraża papier na zabrudzenie, zniszczenie, wygniecenie etc. Poza tym czytając tradycyjną książkę jesteś narażony na pytania (co czytasz? a o czym to?), czytnik ludzie biorą za rodzaj tabletu, uznają, że to oczywiste, że w nim grzebiesz i dają ci spokój (smutny znak czasów).

  • LEKKI i NIEDUŻY

Mieści się w małej torebce, a czasem nawet w tylnej kieszeni spodni. Innymi słowy, można go mieć na podorędziu zawsze i wszędzie, kiedy jest potrzebny.

  • ESTETYKA

Czytnik zwykle jest ładny i w przypadku zabrudzenia łatwo go wyczyścić. W niektórych modelach można zmieniać czcionkę.

  • CZYTANIE w RÓŻNYCH POZYCJACH

Brzmi banalnie, ale to duży atut. Zwykle schylamy głowę do książki, co w przypadku niektórych moli książkowych wywołuje bóle karku i pleców. Czytnik jest lekki i wygodny, więc możesz ustawić go wprost przed twarzą (można także zmienić rozmiar czcionki), układając się w wygodnej pozycji. Wspominałam już o czytaniu podczas ćwiczeń czy spaceru, naprawdę da się i jest to wygodne, bo wystarczy trzymać czytnik jedną ręką. Nawet jeśli się wyślizgnie (choć mała na to szansa) to raczej mu się nic nie stanie, najwyżej nabawi się jakiejś ryski.

  • SZEROKI i SZYBKI DOSTĘP DO LITERATURY

To chyba najważniejsze. W kilka sekund można mieć na swoim czytniku (prawie)              wszystko, czego się zapragnie, w dodatku w różnych wersjach językowych. Pamiętam jak brakowało mi kiedyś książek obcojęzycznych i czytałam byle co, jeśli tylko było po             angielsku. Książki można ściągać z Internetu za darmo, kupować lub „pożyczać” od                znajomych. W ostatecznym rozrachunku i tak oszczędzasz (pieniądze, które wydałabyś na papierowe książki i czas, który jest konieczny, żeby pójść do biblioteki czy księgarni).

  • SŁOWNIK

Możesz wgrać słownik (a zwykle jest już wgrany) i kiedy czytając trafisz na nieznane                   słowo klikasz na nie i otrzymujesz definicję/tłumaczenie.

Minusy:

  • Bezzapachowe, nieszeleszczące, płaskie
  • Musisz wybierać książki w formacie, który Twój czytnik raczy przeczytać, np. format mobi dla czytnika Kindle i formet epub dla czytnika Kobo
  • Czytnik co prawda otwiera format PDF, ale pokazuje całą stronę, więc literki są naprawdę małe i czyta się źle, można zrobić zoom, ale trzeba chwilę pokombinować, żeby ustawić tak, żeby potem było wygodnie przerzucać strony. PDF możesz przekonwertować na mobi lub epub, ale zwykle efekt jest średni (nie czyta części znaków, rozbija tekst na mniejsze partie etc.) i znowu jakość czytania spada
  • Jeśli chcesz uczyć się do egzaminu i potrzebujesz często sięgać do spisu treści, indeksu czy innych części tekstu to musisz liczyć się z pewną niewygodą. Mnie zbytnio to męczy i w takich przypadkach wolę „żywą” książkę.

Plusy zdecydowanie przeważają. Oczywiście pod warunkiem, że nie rezygnuje się z tradycyjnych książek (bo niby dlaczego?). Czytanie na czytniku elektronicznym to coś zupełnie innego niż czytanie z komputera czy z tabletu (nie świeci, nie męczy oczu), ale nie jest to też to samo, co papierowa książka. To po prostu coś innego, do stosowania wymiennie ze swoim papierowym poprzednikiem.

W moim przypadku czytnik zdecydowanie spełnił swoją rolę – wyraźnie podniósł liczbę czytanych przeze mnie książek i dostarczył mi tym samym naprawdę wiele przyjemności. Z czystym sumieniem mogę więc polecić czytnik elektroniczny zarówno książkowym molom, jak i osobom, które z różnych powodów czytają mało i chciałyby się przekonać do przyjemności czytania.

Przekonanych do czytników, ale niezdecydowanych, który model mają wybrać zachęcam do zajrzenia tu jutro, żeby zobaczyć jak wypada Kindle w porównaniu z Kobo.

Cztery literackie pomysły na białe noce

Jeśli w przedświątecznym bałaganie potrzebujecie kilku chwil literackiego wytchnienia wybierzcie coś z mocnej czwórki. Każdą z tych pozycji mogę z czystym sumieniem polecić. Czytacie na Kindlu? Napiszcie do mnie, prześlę Wam książkę w formacie mobi.

1. CHMURDALIA

Autorka: Joanna Bator

Wydawnictwo: W.A.B., 2010

Gdzieś tam za siedmioma górami i siedmioma rzekami leży Chmurdalia. Wytwór dziewczęcej wyobraźni, którego widmo wlecze się za Dominiką od rodzinnego Wałbrzycha przez Niemcy, aż do Stanów Zjednoczonych. Matematyczny umysł Dominiki roztrzaskany na kawałki w wypadku samochodowym próbuje na nowo, a może od początku poukładać świat i własną tożsamość. Nie umiejąc stworzyć opowieści o sobie dziewczyna łaknie historii ludzi, których napotyka na swojej drodze. Z małych kawałeczków innych ludzi i odgrzebywanych wspomnień mozolnie buduje siebie. Książka Joanny Bator to rodzaj słodko-gorzkiej bajki dla dużych dzieci, ale naiwnej i nieprzewidywalnej tylko w tym samym stopniu, co samo życie.

 Ocena: urzekające

 2. TROCINY

Autor: Krzysztof Varga

Wydawnictwo: Czarne, 2012

Polskość wyśmiana, obrzydzona, zniekształcona. Wsiadamy do pociągu z rozgoryczonym facetem po 50. i wraz z nim utyskujemy na koleje i ich pasażerów, płaski krajobraz i pola ziemniaków, współpracowników i ich żałosne próby robienia kariery, rodziców i ich miastowe prostactwo, wreszcie siebie samego, być może najbardziej żałosnego ze wszystkich. Kraj między Odrą a Bugiem to świat brzydoty, nikczemności, braku możliwości, aż wreszcie głupich, małostkowych i pustych ludzi, których marzeniem jest działka pod Warszawą, pozmywane naczynia i drogie kozaki.

Wszystko to tak beznadziejne, że aż śmieszne, ale między chichotem a rżeniem warto pamiętać, że wizja Vargi to nie zawsze krzywe zwierciadło, ale momentami także soczewka skupiona na tym, co realne i bliskie.

Ocena: śmieszne, aż do gorzkich łez

3.  W OTCHŁANI MROKU

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo: Znak, 2013

Umiejętnie skonstruowany kryminał. Wciągający, pełny suspensów, wstrząsający. Akcja rozgrywa się w wyczerpanym wojną Wrocławiu. Detektyw Popielski otrzymuje zlecenie wytropienia agenta UB, który szpieguje uczniów i profesorów tajnego gimnazjum. W czasie śledztwa miastem wstrząsają okrutne zbrodnie żołnierzy Armii Czerwonej, którzy polują na młode dziewczęta. Na pracę Popielskiego coraz większy wpływ zaczyna wywierać spór filozoficzny między profesorami gimnazjum, którzy kłócą się o prawdziwość teorii, według której dzieje ludzkości ewoluują ku dobru, a żadne zło nie ma już znaczenia. Wzlotów intelektualnych jednak nie będzie, a emocje da się utrzymać na wodzy. W skrócie: kawałek ciekawej i dobrej warsztatowo literatury.

 Ocena: takie, jak być powinno

 4. WŁOSKIE SZPILKI

Autorka: Magdalena Tulli

 Wydawnictwo: Nisza, 2011

Mała dziewczynka w splątanej rzeczywistości powojennej Polski. Szkoła, dorośli i inne dzieci to przeszkody niemal nie do pokonania. Wszelkie próby bycia normalną spełzając na niczym, więc pozostaje tylko mozolne i pokorne trwanie. Tata jest z Mediolanu, więc zna smak innego świata, mama ciągle przeżywa koszmar obozu, a niekochani nie umieją kochać. Czy aby na pewno? Nieprzetrawione dzieciństwo i piętno przeszłości, której się nigdy nie zrozumie potrafią wzbudzić czułość tak silną, że pozwalającą wrócić do siebie samej.

 Ocena: wzruszające

Jest rok 1982. Chłopcy dyskutują o muzyce, dziewczynki paplają o ciuchach

Francuski to taki włoski tylko z większą ilością liter i charczącym „r”. Wychodząc z tego błędnego założenia postanowiłam przyswoić sobie podstawy języka ludzi, którym przypisuje się elegancję, wyniosłość i zwyczaj jedzenia żabich udek.

Kilka książek wyciągnęłam spod szafy, kilka wyżebrałam od znajomych. Z zebranego stosiku najbardziej przypadł mi do gustu podręcznik szkolny do nauki francuskiego „Chez les Francais” wydany pod auspicjami Wydawnictwa Szkolnego i Pedagogicznego w roku 1993 (pierwsze wydanie w 1982 roku), autorstwa Aleksandra Mileckiego.

 W swojej prostocie, zarówno merytorycznej jak i graficznej, sprawdza się doskonale w roli mojego samouczka. Ale ani o francuskim nie będzie tu mowy, ani o uczeniu się języków obcych.

 Nie zdążyłam bowiem zgłębić nawet wiedzy dotyczącej rodzajników, kiedy z podręcznik wylazł anty-gender, a właściwie po prostu gender.

Bohaterowie, którzy prowadzą mnie przez meandry nauki języka francuskiego to członkowie dwóch rodzin, polskiej i francuskiej, o  ściśle określonych rolach.

Spójrzmy zatem na przykłady tego, jak w latach 80. (książka trafiła do szkół w 1982 roku) wyobrażenie o rolach płciowych było przedstawiane w podręcznikach. Nie sądzę bowiem, żeby znaleziona przeze mnie książka do francuskiego była szczególnym wyjątkiem.

 Zacznijmy od tego jak wygląda rodzina.

Mamy oczywiście mamę i tatę (kobietę i mężczyznę, rzecz jasna). Tata, zarówno polski, jak i francuski, ma samochód.

 Czym zajmuje się żona? (W czasie, gdy panowie zajęci są oglądaniem telewizji)

Czym zajmuje się mąż?

W obu rodzinach mężowie pracują zawodowo, a żony to gospodynie domowe.

Rozrywki dzieci dzielą się na rozrywki dziewczęce i rozrywki chłopięce. Ona bawi się lalkami i gotuje im obiad, on ogląda film policyjny. Mama w tym czasie robi na drutach, tata myje samochód.

Przysposobienie do obowiązków domowych również odbywa się zgodnie z naturalnymi, płciowymi podziałami. Chłopiec dźwiga zakupy, dziewczynka zaś pomaga mamie gotować.

Młodzieżowe spotkania towarzyskie odbywają się w gronie jednopłciowym. Chłopcy dyskutują o muzyce , dziewczęta zaś o sukienkach.


Nadchodzą święta. Zgadnijcie jakie prezenty wybrali bohaterowie mojej książki? Dziewczynka oczywiście wózek i lalkę, a chłopiec książki.

Święta, święta i po świętach. A podczas przerwy szkole chłopcy grają w piłkę nożną, a dziewczynki śpiewają.

Czas zacząć myśleć o wakacjach. Dziewczynka marzy o słońcu, opalaniu się i lepieniu babek z piasku. Chłopiec o wędkowaniu, żaglówkach i autostopowej przygodzie.

Zapewniam Was, że nie wybrałam specjalnie pasujących do mojej teorii fragmentów i przykłady widoczne powyżej są reprezentatywne.

Społeczny ład znajduje odbicie w książkach i innych treściach kultury, książki oddziałują na ład społeczny i współkształtują go. Na ile ta zależność jest silna? Czy myślicie, że gdyby w podręcznikach, a więc programach szkolnych, uparcie lansowano jakiś model, powiedzmy pary homoseksualne, to znalazłoby to wyraźne odbicie w społecznej praktyce?

Czy uważacie, że w podręcznikach powinno się odwzorowywać istniejące zachowania i modele społeczne czy przedstawiać te, które uważa się obecnie za pożądane?

Przy okazji zerknę w księgarni na najnowsze podręczniki i zobaczę czy bohaterowie i ich zajęcia jakoś się zmienili przez ostatnie lata.

 

Dlaczego w „Bękartach wojny” zabijają za trzy kufle piwa czyli moc szyboletu

Pamiętacie scenę gry w niemieckiej tawernie z filmu „Bękarty wojny”? Brytyjski szpieg, mówiący biegle po niemiecku z lekkim obcym akcentem, zamawia trzy piwa. I właśnie te trzy piwa, a konkretnie trzy palce służące do zamówienia ich, doprowadzają do tragicznej w skutkach strzelaniny.

Wyglądało to następująco:

Jedyna postać, która ocalała z masakry w piwnicy, niemiecka aktorka Bridget, wyjaśniała to w ten oto sposób:

A co do tego wszystkiego ma szybolet? Otóż brytyjski szpieg nie znał niemieckiego szyboletu, którym w tym wypadku był gest, w jaki Niemcy pokazują trójkę. Zamawiając trzy piwa wyciągnął trzy środkowe palce w geście typowym dla Brytyjczyków, a powinien był wyciągnąć kciuk, palec wskazując i palec środkowy, aby zrobić to na modłę niemiecką. Doprowadziło to do natychmiastowego rozpoznania, ponieważ każda osoba wychowana w niemieckiej kulturze w sposób nieświadomy użyła by tego znaku zgodnie z przyjętą w tym środowisku normą.

Szyboletem może być zatem gest, dźwięk lub zwyczaj typowy dla danej grupy, a nieznany obcym lub trudny dla nich do powtórzenia. Pełni funkcję swego rodzaju znaku rozpoznawczego, pomagając zidentyfikować lub zdemaskować wroga, obcego, cudzoziemca.

Źródłosłów tego wyrazu pochodzi od hebrajskiego shibbólet (kłos, strumień). Jak zapisano w Starym Testamencie, słowa tego używano by odróżnić Gileadczyków od Efraimitów, którzy nie wymawiali fonemu /?/ . Celem tego rozróżnienia nie było bynajmniej nacieszenie wrażliwości lingwistycznej ? podczas starcia między wspomnianymi plemionami Efraimici próbowali uciekać przekraczając rzekę Jordan, gdzie poddawani byli testowi, polegającemu na wypowiedzeniu słowa shibbólet; rozpoznanych w ten sposób wrogów czekała natychmiastowa śmierć.

Szybolet okazał się narzędziem na tyle skutecznym, że z powodzeniem stosowano go w wielu językach i przy wielu okazjach, w szczególności podczas wojen i konfliktów.

Soczewica, koło, miele, młyn – łatwe do wypowiedzenia? Nie dla Niemców. Podczas buntu wójta Alberta w 1312 roku w Krakowie napotkanych na ulicy mieszczan zmuszano do wypowiedzenia tych słów, aby rozpoznać i schwytać Niemców.

Podczas wojny domowej w Rosji ukraińskie oddziały Nestora Machno mogły rozpoznać rosyjskich bolszewików wysłanych na Ukrainę, aby konfiskować żywność po wymowie słowa paljanytsja (święty chleb). Wyraz ten Rosjanie wymawiali z łatwym do rozpoznania miękkim n i twardy ts.

Niemieccy szpiedzy przebrani za żołnierzy amerykańskich podczas operacji w Ardenach (1944-45) często byli rozpoznawani ze względu na niedostateczną znajomość różnic między brytyjskim a amerykańskim angielskim. Mogło zdradzić ich użycia słowa lorry (zamiast truck) czy petrol (zamiast gasoline).

Ostatnie znane użycie szyboletu miało miejsce podczas ataku terrorystycznego w centrum handlowym w Nairobi w 2013 roku. Islamscy terroryści, aby odróżnić muzułmanów od wyznawców innych religii pytali o imię matki Mahometa (Aminah bint Wahb’s) oraz o muzułmańskie wyznanie wiary („Nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem” ).

To tylko kilka przykładów z bogatej historii użycia szyboletów.

Wniosek stąd można by wysnuć taki, że warto się uczyć języków i kultur albo że dzielenie ludzi na swoich i obcych więcej przynosi zła niż pożytku. Jednak powstrzymując się od płytkich konkluzji powiem tylko, że zapowiada się, że tropienie szyboletów stanie się moim nowym hobby.

Słowami o dźwiękach: Ryczące lata dwudzieste – krajobraz dźwiękowy Nowego Jorku

Od dawna fascynowały mnie opisy zapachów, smaków, kolorów i dźwięków. Z zainteresowaniem śledzę wszelkie projekty z tym związane. Zapraszam do lektury krótkiego artykułu o historycznej mapie dźwiękowej Nowego Yorku, oryginalnie opublikowanego w serwisie Historia i Media (bezpośredni link do artykułu):

Ryczące lata dwudzieste – krajobraz dźwiękowy Nowego Jorku

Ryczące? Raczej szalone lata dwudzieste, poprawiacie mnie pewnie w myślach. W ten sposób przecież przyjęło się tłumaczyć termin Roaring Twenties. Jednak jak udowadnia historyczka Emily Thomson, modernizm trafniej określa właśnie pojęcie roar – huk, rytm, grzmot, wrzawa. Na stworzonej przez nią wirtualnej mapie Nowego Yorku odnajdziemy miejsca, w których hałas nigdy nie milknie.

Czas, przestrzeń, dźwięk. Osie, według których możemy eksplorować Nowy York lat 1900-1933, prowadzą nas przez ruchliwe głośne ulice miasta, pełne zgiełku place i małe senne uliczki, gdzie czasem ktoś zagwiżdże smutną melodię – to projekt „The Roaring Twenties”.

szalone_lata_dwudzieste (1)

Poruszając się wzdłuż linii czasu obserwujemy jak narastały i zmieniały się dźwięki, możemy sprawdzić, czy na początku XX wieku więcej hałasu na ulicach generowała stacja benzynowa czy wciąż wykorzystywane powszechnie w transporcie konie. Decydując się na błądzenie po wirtualnej mapie możemy zajrzeć do tych miejsc w mieście, które z jakichś powodów są nam bliskie i sprawdzić, jakie odgłosy słyszeli ludzie mieszkający tam sto lat temu: czy budziło ich bicie kościelnych dzwonów czy krzątanina w piekarni na rogu, czy mogły denerwować klaksony pierwszych samochodów albo nawoływania sprzedawców gazet. System pozwala rozbić uliczny zgiełk na poszczególne nuty i wyłapać głosy gazeciarzy, klekot maszyn tkackich czy szczekanie psów.

Projekt „The Roaring Twenties” od strony historycznej i źródłowej przygotowany został przez Emily Thomson, współpracującą ze Scottem Mahoy, odpowiedzialnym za jego stronę techniczną i oprawę wizualną. Nie jest to prosta prezentacja, ale merytorycznie przygotowana publikacja historyczna. Każdy dostępny na mapie historyczny dźwięk jest udokumentowany i opisany. Większość umieszczonych tam opisów odgłosów pochodzi ze skarg mieszkańców miasta, którzy utyskiwali na różnego rodzaju miejskie hałasy – sąsiad grający na organach na Park Avenue, uciążliwe koguty czy hałaśliwy sprzedawca lodów na ulicy. Możemy zapoznać się ze skanem dokumentu, jego źródłem, umiejscowieniem dźwięku, a niekiedy także z materiałem video. Ponadto mamy do dyspozycji fragment pracy naukowej na ten temat oraz bibliografię.

Profesjonalnie przygotowana baza danych o dźwiękowym środowisku Nowego Jorku z początku XX wieku może być atrakcyjna nie tylko dla historyków. Warunkiem jest tu odpowiednia forma i otwarty model prezentacji efektu projektu badawczego. Mapę „The Roaring Twenties” uzupełniać może każdy.

Autorka projektu Emily Thomson, amerykańska historyczka z uniwersytetu w Princetown, zajmuje się w swoich badaniach historią dźwiękową i krajobrazami dźwiękowymi przeszłości. Jest autorką jednej z najważniejszych książek w tej dziedzinie -„The Soundscape of Modernity: Architectural Acoustics and the Culture of Listening in America, 1900-1933„. Materiały zebrane w trakcie przygotowania tej pracy posłużyły jako podstawa opisanego tu projektu, którego przygotowanie zajęło trzy lata. „The Roaring Twenties” zostało opublikowane w ramach multimedialnego magazynu „Vectors”.