Wszystkie wpisy, których autorem jest Katarzyna

Dzień każdego dziecka, czyli o kroku wstecz

Pamiętam jak znalazłam w szufladzie starej szafy u babci stertę podręczników szkolnych po moich starszych kuzynach i być może też ich rodzicach. Były wczesne lata 90. i dopiero, co nauczyłam się czytać, więc skupiałam się głównie na obrazkach – w jasnych, jakby paselowych, ale spranych kolorach. Szczególnie jeden zapadł mi w pamięć – tańczące wesołe dzieci trzymające się za ręce. Dzieci miały różne kolory skóry, inne ubrania i czapeczki, ale stały w kole, żadne nie było gorsze i wykluczone.

Nie sposób nie skojarzyć tego z tym, co stało się z graffiti na warszawskim Targówku w tym roku. Namalowano dzieci o różnych kolorach skóry trzymające się za ręce, ale kolorowe dzieło zostało szybko zamazane i zniszczone, bo komuś nie spodobało się, że ciemne dzieci bawią się z tymi jasnymi. Teraz w równym szeregu stoją tylko białe dzieci.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie twierdzę, że sowiecka kultura była wspaniała. Uważam, że komunizm w wydaniu radzieckim był złem. Jednak system ten zawierał wiele elementów (w dużej mierze zawłaszczonych z tradycji socjalistycznych), które były godne podziwu, a o których się nie mówi, bo są w cieniu ogromnych komunistycznych zbrodni. Powiecie pewnie, że chodzi głównie o idee, a ma się to nijak do rzeczywistości. Jednak niektóre z nich były piękne i rewolucyjne – równouprawnienie kobiet, sprzeciw wobec rasizmu i ksenofobii, równe szanse dla wszystkich, alfabetyzacja i edukacja dla mas etc. Szkoda, że teraz w „wolnej” Polsce niektóre z nich nie istnieją już nawet w świecie idei i przedstawień – że dziecko o czarnej twarzy nawet na obrazku nie ma prawa bawić się z białym dzieckiem.

Tradycja nie powinna być determinantem obecnych decyzji, ale możemy z niej czerpać. Odrzucenie dziedzictwa socjalistycznej Polski i wpływów sowieckich po 1989 roku było tak radykalne, że nie pomyśleliśmy może, że nie wszystko warto oddzielić grubą kreską. Idea Dnia Dziecka jako przypomnienia, że każdy malec bez względu na płeć czy kolor skóry ma prawo do szczęścia i edukacji jest warta pięlęgnowania. Nawet teraz, szczególnie teraz.

6 rzeczy, które uwielbiam w Wielkiej Brytanii

Jeśli właśnie przyjechaliście do Anglii i nie utoniecie w śmieciach i nie osłabniecie od fast foodów to być może będziecie mieć szansę cieszyć się następującymi rzeczami:

  1. Muzea.

    Bezpłatny wstęp, bogate kolekcje (już nie wchodźmy w to, jak zdobyte…), ciekawa oferta. A oprócz tego muzea to przede wszystkim przyjazne i przyjemne miejsca, gdzie ludzie chętnie przychodzą spędzić czas. Dzięki temu, że nie płaci się za bilet można wpaść choćby na 10 minut i zaglądać co jakiś czas. To nie zakurzone gabloty i smętny personel, ale naprawdę ciekawe, często interaktywne wystawy i przewodnicy, którzy chętnie odpowiedzą na każde pytanie.

  2. Uprzejmość.

    Jasne, nie wszędzie i nie każdy, ale generalnie ludzie są zwyczajnie mili i grzeczni, często bezinteresownie pomocni. Prawie nigdy nikt nie chce cię obrazić czy znieważyć (no chyba, że przez subtelną ironię). Kapuścinski pisał (bodajże w Lapidariach) o tym, że w krajach pod wpływami sowieckiej kultury, w tym niestety też Polski, wykształcił się zwyczaj poniżania drugiego człowieka, pokazywania mu, że jest gorszy, udowadniania na każdym kroku, że ma się nad nim władzę. Tutaj czegoś takiego nie widać w codziennych sytuacjach. Rozmówca, sprzedawca, nauczyciel będzie się starał, żebyś poczuła się komfortowo i pewnie,  przymknie oko na drobny błąd zamiast go wytknąć. Gentlemenów i gentlewomen spotyka się po prostu na ulicy i poznaje po sposobie, w jaki traktują innych ludzi. Można poznać Anglika po tym, że poszturchnięty przez kogoś na ulicy powie „przepraszam”. Jako, że lubię nieśmieszne żarty to skonstrastuję to z sytuacją z pewnego polskiego dowcipu: „[w tramwaju] – Co się pan tak pcha na chama? – O, przepraszam, taki tłok, że nie zauważyłem na kogo się pcham”.

  3. Zdolność do autorefleksji.

    To chyba właśnie ta cecha zdecydowała o tym, że Anglia nadal kwitnie. Zdolność do przyjmowania krytyki, autorefleksję i wolę zmian na lepsze widać szczególnie na poziomie instytucji. Wszędzie i zawsze można zostawić „feedback” – na uczelni, w sklepie, w restauracji czy w szpitalu widzimy napisy „jak się dzisiaj sprawdziliśmy?”, „powiedz nam, co myślisz!” Oczywiście Anglik nie powie tego zwykle otwarcie i dosadnie prosto w oczy, ale chętnie wypełni formularz czy napisze maila. Ostatnia faza projektu czyli podsumowanie, co poszło dobrze, a co źle jest najważniejsza, bo wyznacza kierunek rozwoju.

    Mam wrażenie, że przyznanie się do porażki, często kolektywnej, jest oznaką siły i empatii, a nie słabości. Najlepszym tego przykładem są próby rozliczania się z imperializmem. Brytyjczykom nigdy nie przyszło odpowiedzieć za czyny popełnione w imieniu Imperium, ale sami próbują mierzyć się z tym trudnym dziedzictwem, co niekiedy przybiera wręcz formy samobiczowania (być może zasłużonego…)

  4. Kolejki czyli egalitarianizm i zasada równych szans.

    Anglicy są mistrzami kolejek. Równy ogonek ustawia się w kolejce do lady, okienka, a nawet na chodniku do autobusu. Niektórzy mówią, że oni po prostu lubią kolejki, bo to znak porządku i jasnych zasad. Powiecie pewnie, że przekornie wynika to z tego, że w angielskich społeczenstwie tak silne były (są?) markery klasowe. A być może po prostu nieuprzejmym byłoby traktować kogoś gorzej.

  5.  Brak zgody na dyskryminację i przemoc.

    Widzę to szczególnie teraz, z niepokojem śledząc wiadomości z Polski czy Węgier. Jasne, tutaj też są neonaziści, a za miesiąc po referendum w sprawie Brexit  okaże się czy Brytyjczykom nie przejadła się otwartość. W każdym razie nie ma powszechnej zgody na to by dyskryminować kogoś ze względu na płeć, kolor skóry, wyznanie, orientację seksualną, pochodzenie społeczne etc. Takie przypadki się zdarzają, ale są piętnowane. Ponadto mówi się otwarcie o problemie systemowej dyskryminacji i próbuje jej zaradzić.

    Przykładem może być chociażby Gay Village w Manchesterze – kolorowa i wesoła część śródmieścia z klubami i restauracjami. Na ławeczce siedzi tam spiżowy Alan Turing i pewnie roni spiżową łzę, że za jego czasów nie tylko homoseksualiści nie byli obecni w przestrzeni publicznej, ale czekały ich poniżenie i represje. Tutaj znowu wychodzi autoreflejsa, uczenie się na własnych błędach i przyznawanie do porażek. Alan Turing, wybitny matematyk i twórca pierwszego komputera (obejrzyjcie Imitation Game!), a prywatnie gej, został doprowadzony do samobójstwa po tym jak postawiono go przed wyborem „więzienie albo kastracja chemiczna”. Wybrał śmierć. W Wielkiej Brytanii jeszcze do lat 60. homoseksualizm był przestępstwem! Ale nigdy nie jest za późno na dobrą zmianę i dziś Alan Turing jest i ofiarą, i bohaterem.

  6. Benefity, praca i stawka minimalna.

    Choć osobiście kwestia benefitów mnie nie dotyczy to cieszę się, że żadne dziecko, żaden dorosły i żadna osoba w podeszłym wieku nie musi głodować, siedzieć w zimnym domu, wybierać ze śmietników, żeby przeżyć. Nierówności społeczne i tak są ogromne, ale przynajmniej każdy ma zapewnione minimum egzystencji, dostęp do edukacji i opieki, szansę na społeczną inkluzję, choćby dzięki kółku ogrodniczemu czy klubowi seniora.

    Ekonomia ma się dobrze, więc i pracy nie brakuje. Oczywiście trzeba się starać, wykazywać, dokształcać, ale sytuacja nie jest tak beznadziejna jak w niektórych krajach Europy. Dyplom uniwersytecki nie jest bezwartościowym świstkiem, ale biletem wstępu na rozmowy kwalifikacyjne. Stoją za tym twarde statystyki.

    Jednym z najlepszych wynalazków jest stawka minimalna za godzinę, która obecnie wynosi 7,5 funta i ciągle rośnie. Bez względu na to, jaką pracę wykonujesz godzina Twojego życia nie powinna być warta mniej. Przy tym bardzo często te najgorzej opłacane zawody to te najcięższe, na których opiera się codzienne funkcjonowanie społeczenswa – sprzątanie, gotowanie, podawanie, pakowanie itd. Ludzie, którzy to robią powinni zarabiać nawet więcej,  stawka minialna chronia ich przed pazerością pracodawców, którzy chcieliby zapłacić im jeszcze mniej. Niestety nadal są ludzie, którzy pracują za mniej. Zanim zaczęłam robić doktorat i pracować szukałam jakiegokolwiek zajęcia, żeby cokolwiek zarobić. Natknęłam się na kilka ofert (przeważnie jako kelnerka czy w punkcie ksero), gdzie płacono 3,5 funta za godzinę przy 10-godzinnych nocnych zmianach. Na szczęście byłam w sytuacji, która nie zmuszała mnie do zaakceptowania takiego bezprawia, ale nie wszyscy mają ten luksus. To jednak drobna patologia systemu, a nie norma.

    Przychodzi mi jeszcze kilka dobrych rzeczy do głowy, ale jeśli dotarłeś/aś do tego zdania to pewnie i tak już jesteś zmęczony/a moją paplaniną, więc kolejne zalety życia w Anglii w następnym wpisie. God save the queen!

Próśb pokornych racz wysłuchać czyli wizowe zmagania obywateli drugiej kategorii

Stoję dzisiaj rano w tłustej i gęstej kolejce, spoglądając na ponury gmach i czuję się jakbym stała przez Orwellowskim Ministerstwem Miłości. Ze sto czy dwieście osób, niektórzy wystrojeni jak stróż w Boże ciało. Wszyscy cisi i grzeczni, nikt się nie wychyla. Otóż czekamy pokornie, aby pozwolono nam wejść i prosić o pozwolenie na przyjazd do Nowego Świata. Nad nami orzeł, wielki orzeł.

ambasada

Jest godzina 9.30. Zjawiam się punktualnie, bo jestem przekonana, że spotkanie, na które umówiłam się przed miesiącem, odpowiedziawszy na dziesiątki pytań i zapłaciwszy 160 dolarów, to parę minut zarezerwowane dla mnie i urzędnika. Staję więc w masywnej kolejce PRZED ambasadą USA i stoję. Mam szczęście, bo jestem raczej z przodu i w najkrótszej z trzech kolejek. Dobrze, że nie pada i jest ciepło, tak to to już w ogóle by było ponuro. Niestety stoję na tyle daleko, że nie widzę tablicy z przekreślonym laptopem. W końcu informują mnie, że muszę zostawić laptopa w przechowalni, która jest na sąsiedniej ulicy w aptece. Tak, dobrze zrozumiałam, w aptece. Idę do apteki, zostawiam laptopa, płacę i wracam. Już nie muszę drugi raz czekać, pokazuję dokumenty i już… mogę stanąć w kolejnej kolejce, nadal przed budynkiem.

Pokazuję jeszcze raz papiery, przechodzę kontrolę bezpieczeństwa i mogę wejść do środka! Pan z karabinem krąży wokół mnie jak znudzony sęp. W środku dostaję numerek i wchodzę do wieeeelkiej sali, w środku na krzesełkach bardzo blisko siebie siedzą setki ludzi i patrzą w ekran. Wyobraźcie sobie dwieście obrazów taki jak ten powieszonych blisko siebie, tak sobie siedzimy jak w ogromnym tramwaju:

Siadam i patrzę w ekran. Mam ze sobą książkę, ale boję się czytać, bo jak mi wyświetli mój numerek to muszę iść do okienka. Śledzę więce numerki, a jak nie śledzę to oglądam wielką piękną Amerykę na wielkim pięknym ekranie. Siedzę cicho, nawet przez myśl mi nie przejdzie, żeby złamać zakaz i zrobić zdjęcie. W końcu pokazuje się mój numerek. Lecę do okienka, daję papiery, nie zważając na Agambenowskie rozważania o biopolityce daję ochoczo wszystkie dziesięć palców do odciśnięcia, mówię po co chcę jechać do USA i …. idę do kolejnej kolejki.

Tym razem jestem częścią rzędu, który jest numerkiem, jestem więc ułamkiem, jakąś jedną dziesiątą. Jesteśmy już coraz bliżej, więc wszyscy podekscytowani. Oglądaliście Atlas Chmur? Pamiętacie tę scenę, jak klony w płaszczach uroszczyście idą przez halę i śpiewają? O tę:

Screenshot 2016-05-20 18.03.50

Bawiąc się tym skojarzeniem, próbuję nie pamiętać jak się ta podniosła scena kończy. Obok można nawet kupić kawę, ale ostatnie pieniądze poszły na aptekę. Jest strzałka to toalety, ale wolę się zsikać niż przegapić kolejkę.

W końcu wołają nasz rząd. Jesteśmy cali w skowronkach i chętnie byśmy pobiegli, ale idziemy powoli i godnie, bo w końcu to ambasada. Stajemy w kolejce. Teraz to już tylko 10 minut. Dostaję się do okienka. Znowu papiery i palce. Trzy pytania: gdzie, po co, jak to do archiwum, jak długo w UK, podróże. Trwa to może minutę. Pani w okienku, mruczy, że wiza granted i mi przyślą. Z instrukcji wiem, że paszport będę mogła odebrać za parę tygodni. Na szczęście już nie w Londynie, ale w moim miejscu zamieszkania. Tak jak przed wizytą sarkałam, że to niesprawiedliwe, że Polacy jako jedni z nielicznych z UE muszą  te cyrki przechodzić, tak teraz przepełnia mnie wdzięczność. Zgodzili się, żebym przez kilka miesięcy wydawała pieniądze w ich kraju. A zgoda ta kosztowała mnie tylko kilkaset dolarów i kilkanaście godzin, w tym kilka bez sikania i wody. Jadę do Ameryki!

 

 

 

4 rzeczy, których nie znoszę w Wielkiej Brytanii

Piszę ten tekst z łóżka. Nie mogę wstać, bo wpadnę w szafę. Nie mogę się przekręcić, bo walnę głową w parapet. W ogóle staram się nie ruszać, bo jedyne gniazdko wypada tak, że czajnik z wrzącą wodą stoi na parapacie, a kabel dynda nad łóżkiem. Chętnie byłabym poza łóżkiem, bo pościel śmierdzi papierosami, a sprężyny materaca wbijają mi się w plecy. Ale nie mogę, bo nie mam ochoty stać i patrzeć na brudną kartkę „no smoking 50 pounds  penalty”. Jak nigdy nie paliłam tak teraz mam ochotę.

Chciałabym napisać, że jestem w podrzędnym hotelu, ale przez gardło mi to nie przejdzie, bo płacę 55 funtów za noc (London, of course)  i oczekiwałam przynajmniej dwóch metrów kwadratowych i okna, które nie jest w rogu i nie wychodzi na ścianę.  Na parapecie po drugiej stronie gołąb grucha głucho i ze spokojem robi na śmieci walające się na dole.

Ten właśnie nastrój sprawił, że w końcu postanowiłam napisać o tym, co mnie w Anglii uwiera, boli, wkurza.

Zacznę od tego, że ja naprawdę lubię ten kraj. Pewnie w ogólnym rozrachunku nie jest tu ani lepiej, ani gorzej niż nigdzie indziej, ale istnieją pewne rzeczy, które czasem przechylają szalę na jedną lub drugą stronę. Nigdy nie planowałam tu zamieszkać, a gdy już tak się stało to i tak nie do końca odczuwałam wszystkie zalety i wady brytyjskiego życia, bo uniwersytet jest w pewnym sensie państwem w państwie. Jednak w drugim roku pobytu na Wyspach poczułam, że uzbierało się na tekst złożony z samych lamentów. A zatem:

  1. Cztery sekundy albo śmierć.

    Dosłownie cztery sekundy. 4. Policzyłam. Na skrzyżowaniu pod moim domem po 4 sekundach zielone światło dla pieszych zmienia się na czerwone. Co prawda potem nie rozjeżdża mnie samochód (z tą śmiercią przesadziłam, bo chciałam, żeby dramatycznie zabrzmiało), ale też nigdy nie ryzykowałam i zwykle w podskokach przebiegałam na drugą stronę. Ale co z dzieckiem? Ze starszą osobą? Z kimś, kto wolno chodzi albo nie ma ochoty na wyścigi? Na niektórych skrzyżowaniach „zielone” trwa dłużej, ale zwykle jest to jakieś kilkanaście sekund. W dodatku, żeby doczekać się na to, żeby bezpiecznie na zielonym przejść ulicę czasem trzeba sterczeć tam nawet 3 minuty. Brzmi krótko, ale uwierzcie – trwa wieki!

    Bieda tym, którzy muszą przejść przez pasy dwa razy, bo zielone dla pieszych jest jednocześnie po wszystkich czterech stronach. Kolejne 3 minutki czekania i 4 sekundy sprintu. Chyba, że tak jak ja przebiegną po przekątnej.

    Jedyny plus, że przechodzenie na czerwonym i nie na pasach jest legalne. Niby dobrze, ale jak widzę jak niektórzy piesi z tego korzystają to nigdy nie wsiadłabym za kółko, bo nie chciałabym mieć ich na sumieniu.

  2. Służba zdrowia.

    Z moich doświadczeń wynika, że sama mogłabym otworzyć przychodnię. Przyjmowałabym pacjentów z każdym problemem i przepisywała na każdą dolegliwość paracetamol.Przyznaję, że jest lepsza infrastruktura, zresztą pakuje się tu w służbę zdrowia tyle pieniędzy, że byłoby dziwne, gdyby było inaczej. Podobno niektórzy specjaliści też są doskonali. W dodatku Anglicy lubią chwalić się, że służba zdrowia jest bezpłata dla wszystkich, nikt nie pyta czy płacisz składki i czy jesteś tu legalnie. No świetnie, ale paracetamol mogę wziąć nielegalnie w domu, też bez składek.Tutaj moja droga do paracetamolu wygląda tak. Idę do „general practitioner” czyli lekarza od wszystkiego. Idę czyli dzwonię rano i opowiadam recepcjonistce, co mi dolega i nie korzystam z jej rady, żeby pójść do aptetki. Jeśli wiem, że nie muszę odpowiadać na jej pytania to uparcie powtarzam tylko, że chcę wizytę u lekarza. Jeśli udało się dodzwonić to dostaję numerek na ten sam dzień, jeśli nie to mogę umówić wizytę za trzy tygodnie. O umówionej godzinie stawiam się w przychodni i czekam pół godzinki w poczekalni z innymi chorymi, tak że szybko czuję się jeszcze chorsza. W końcu przyjmuje mnie lekarka, który nie jest lekarką tylko pielęgniarką, ale ja o tym nie wiem, więc nawet mi to nie przeszkadza. Mówię co mi dolega. Osoba w fartuchu kiwa głową. Pytam czy to może być związane z moją inną dolegliwością. Dowiaduję się, że osoba w fartuchu może zająć się tylko pierwszą dolegliwością. Zresztą, co za różnica skoro i tak i na to, i na to jest paracetamol. Tym razem jestem przygotowana i mówię: „Aha! Już brałam!”, ale otrzymuję polecenie, żeby wziąć więcej aż przestanie boleć.Zawsze mogę się wybrać do szpitala, gdzie po kilku godzinach na izbie przyjęć dowiem się, że tutaj mogą mi dać zastrzyk (zgadnijcie z czego? tak, z paracetamolu!), a dokładniej to się tym powinien zająć mój „general practitioner” (GP). Koło się zamyka.

    Aha, wszystko to co Wam wmawiali o tym, że musicie chodzić regularnie do ginekologa to bzdury. Tutaj się chodzi do tego samego GP i to tylko jak coś dolega, a co trzy lata na cytologię (no chociaż tyle!).

    Może w innych dzielnicach, miastach, hrabstwach jest inaczej i lepiej. Powiedzcie mi gdzie, a przeniosę się do lekarza w tych mitycznych krainach.

  3. Krajobraz po bitwie.
    W sobotę rano ulice wyglądają jak w wizji postapokaliptycznego świata. Puszki, papiery, butelki, kubki… Po prostu góra śmieci. Jasne, nie wszędzie i nie zawsze aż tyle, ale jest coś na rzeczy. Ludzie strasznie śmiecą, choć kosze stoją co parę metrów. Ostatnio widziałam jak dziewczyna jadła frytki na ulicy po czym bez kozery cisnęła tłuste pudełko za płotek do czyjegoś ogródka. Dorodne tulipany osowiały, dumne róże udawały, że ich to nie dotyczy, bez drgnienia płatków wpatrując się w pochmurne niebo.I to nie jest tak, że nikt nie sprząta. Zastępy ludzi ruszają każdego ranka odśmiecać miasto, bo niektórzy są przyzwyczajeni, że ktoś po nich posprząta. A najbardziej arogancką rzeczą, jaką słyszałam było, że w ten sposób ci drudzy zapewniając tym pierwszym prace…

    Niestety rzecz nie dotyczy tylko ulic, ale też kin, barów, autobusów etc. I nie myślecie, że śmieceniem zajmują się  zbuntowane nastolatki i antyspołeczni typkowie spod ciemnej gwiazdy. Z moich obserwacji wynika, że demokratycznie śmiecą wszystkie grupy społeczne, a niedemokratycznie sprzątają ten bajzel najbiedniejsi za najniższą krajową.

  4. Instant.

    A skąd właściwie tyle śmieci? Każda kawa nalewana jest do plastikowego lub w wersji super bio papierowego kubeczka, który po kilku łykach trafia do śmieci (wróć, na ulicę). (Chwała mojemu koledze, który chodzi z porcelanową filiżanką w róże i każe sobie tam nalewać). W każdym spożywczaku są pełne lodówki gotowego jedzenia – kanapki, makarony, sałatki, wrapy, wszystko. A najlepsze: obrane i pokrojone owoce. A i to nie wszystko: obrane, pokrojone i zapakowane w plastik warzywa, marcheweczki, ziemniaki, cukinie, co dusza zapragnie.  I to się sprzedaje w ogromnych ilościach. Bo nie dziwi mnie, że to istnieje, dziwi mnie, że to jest tak powszechne i masowe.

    Niech pierwszy rzuci pustym plastikiem po kanapce, kto nigdy nie kupił gotowego żarcia w sklepie przy drodze i nie obdarł z niego pięciu warstw plastiku. Mnie niestety to się zdarzyło i nie jestem z tego dumna.

    5.6. Miały być jeszcze dwa punkty, ale nie mogę nic więcej wymyślić. Jak mi jeszcze coś przyjdzie do głowy to napiszę.

    Wynarzekałam się za wszystkie czasy i trochę mi ulżyło. Jeśli chodzi o codzienne życie to wszystko powyższe jest niczym w porównaniu z tym, co mi się tutaj podoba, a o czym niebawem w „6 rzeczy, które uwielbiam w Anglii”.

    Uwaga: powyższe uwagi dotyczą moich osobistych doświadczeń, chętnie poznam Wasze.

Poranne czytanie

Zwykle piewszą rzeczą na jaką mam ochotę po przebudzeniu to na nowo zasnąć. Może mam niskie ciśnienie. Może wydaje mi się, że nic ciekawego mnie w ciągu dnia nie czeka.  Nie wiem. W każdy razie znalazłam dobry sposób na to, żeby wstać z łóżka w lepszym nastroju.

Jeśli tylko nie muszę pędzić gdzieś od samego rana to pierwsze co robię to sięgam po książkę. To takie moje dziesięć minut spokoju między snem a życiem.

Jest to jednocześnie uspokajające i pobudzające. Nie tak stresujące jak czytanie maili czy newsów, a jednak przenosi moje myśli w stronę ludzi, idei, zdarzeń. Jeszcze czuję się bezpiecznie we własnym łóżku, a już wiem, że tam gdzieś coś się dzieję, coś czeka, jest coś do zrobienia.

Mój mózg powoli przestawia się na dzienne tory. Porzuca senne majaki, bezkształtne i absurdalne, a zaczyna operować literami i zdaniami, układającymi się w logiczne ciągi. Wyświetla obrazy jasne i sensowne, nabiera oddechu i rozpędza się.

Jestem gotowa zacząć nowy dzień.

 

Sąsiedzi

Tamtego ranka, kiedy szła na uniwersytet nie myślała pewnie, że skończy się to skreśleniem z listy studentów. Jednak nawet gdyby wiedziała, nic by to nie zmieniło. Może właśnie w tamtej chwili, kiedy zajmowała miejsce w ławce na Uniwersytecie Warszawskim, poczuła, że złe drobiazgi zaczęły kumulować się w zło i że to czas, żeby powiedzieć nie.

Irena Sendler wraz z innymi katolickimi studentami usiadła w ławkach wyznaczonych dla Żydów, protestując tym samym przeciwko rasistowskiemu zarządzeniu o tzw. gettcie ławkowym. Nie mieściło jej się w głowie, że może pozwolić na to, żeby jej sąsiedzi, przyjaciele, znajomi nagle stali się obywatelami drugiej kategorii.

Kilka lat później, kiedy wchodziła na teren getta warszawskiego zakładała opaskę z gwiazdą Davida. Nie tylko po to, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Jako członkini Żegoty wyprowadziła z getta 2500 żydowskich dzieci. Dwa tysiące pięćset. Dzieci ukryto w rodzinach mieszkających po aryjskiej stronie, w sierocińcach i klasztorach katolickich.

Irena została aresztowana przez Gestapo i torturowana w więzieniu przy alei Szucha. Przed zasądzoną jej karą śmierci uratowała ją łapówka wpłacona przez członków Żegoty. Walczyła w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie była prześladowana przez komunistyczne władze.

Ale Irena nie była samotną bohaterką. Tylko dzięki całej siatce ludzi udało jej się uratować dzieci z sąsiedztwa od głodu, prześladowań i niemal pewnej śmierci. Dzięki zwykłym ludziom, którzy je nakarmili i ukryli, ryzykując własnym życiem i życiem swoich rodzin. Dzięki zakonnicom, które nie sprawdzały kształtów ich nosów i nie pytały czy znają pacierz. Dzięki wszystkim tym, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że na ich ziemi, pod ich nosem rozgrywa się jedna z największych zbrodni ludzkości.

Irena Sendler zmarła w 2008 roku w Warszawie. Dzisiaj mija 116 lat od jej urodzin.  Warto o niej pamiętać.

Czytam wszędzie

Na przystanku. W kolejce. W autobusie. Na plaży. W przychodni. Na ulicy. W sklepie. Przed dziekanatem.

No dobrze, na ostatnią z wymienionych okoliczności trzeba się zaopatrzyć w szczególnie obfite dzieło, a przy tym coś działającego łagodząco na nerwy, np. „Wściekłość i wrzask” Faulknera.

Rozpoczęła się ogólnopolska akcję społeczna „Czytam wszędzie”, zainicjowana przez portal WolneLektury.pl i wspierana przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

PAP/ Marcin Bielecki

Biblioteka internetowa WolneLektury.pl  to cyfrowe repozytorium darmowych ebooków i audiobooków. Wystarczy kliknąć i ściągnąc na swój czytnik, komputer, smartphone lub inne urządzenie. I czytać, czytać, czytać wszędzie.

„Czas oczekiwania nie musi być stracony – może być okazją do oddania się lekturze, zamieniając w ten sposób irytującą konieczność w dodatkową okazję do kontaktu z kulturą” – przekonuje do akcji Jarosław Lipszyc, prezes fundacji Nowoczesna Polska, odpowiedzialnej za stronę WolneLektury.pl.

 

Zapomniane: w niemnimaczki

W niemnimaczki  znaczy najpradopodbiej niespodziewanie, nagle, nieoczekiwanie.

Etymologia tego wyrażenia nie jest mi znana. Nie mogłam również znaleźć żadnych dokładniejszych informacji. Jedynym originalnym tekstem, w którym prawdopodobnie wystąpiło to wyrażenie jest kodeks Świętosława z XV wieku czyli tłumaczeniu statutów Kazimierza Wielkiego z łaciny na język polski.

Nieprzetłumaczalne: culaccino

Włoskie słowo culaccino rozczarowało mnie podwójnie.

Po pierwsze, nie odnosi się bezpośrednio do kawy. Nawet nie do herbaty.

Po drugie, Davide twierdzi, że go nie zna. Nigdy nie słyszał. Nic nie wie.

Czym więc jest culaccino?

Culaccino to ślad pozsotawiony na stole przez zimną szklankę. Zimną? Chyba mokrą? Sprawdziłam dwa razy. Zimną. Użyłam mózgu. Nie zadziałało. Spytałam Davide i po usłyszeniu wyjaśnienia powiedziałam, że to takie oczywiste i że od początku wiedziałam.

A więc działa to tak: Zimna woda w szklance sprawia, że szkło jest zimne. Przy okazji woda w porównaniu do innych substacji wolno zmienia temperaturę, więc szklanka jest przed relatywnie długi czas zimna. Para wodna, ktora jest na zewnątrz skrapla się na zimnym szkle. Stawiamy szklankę na stole i oto mamy mokry ślad czyli culaccino.

Wytarcie culaccino łokciem lub rękawem nie należy do przyjemności, ale nie pomyślałabym, że temu „zjawisku” należy się osobne słowo.

Pogrzebałam jeszcze chwilę w otchłaniach Internetu. Jest jeszcze druga wersja. Ślad pozostawiony na stole przez brudną szklankę. Aha! A więc jednak. W tym wypadku kawa i herbata sprawdziłyby się równie dobrze jak woda.

Źródło obrazka: wifive.pl