4 rzeczy, których nie znoszę w Wielkiej Brytanii

Piszę ten tekst z łóżka. Nie mogę wstać, bo wpadnę w szafę. Nie mogę się przekręcić, bo walnę głową w parapet. W ogóle staram się nie ruszać, bo jedyne gniazdko wypada tak, że czajnik z wrzącą wodą stoi na parapacie, a kabel dynda nad łóżkiem. Chętnie byłabym poza łóżkiem, bo pościel śmierdzi papierosami, a sprężyny materaca wbijają mi się w plecy. Ale nie mogę, bo nie mam ochoty stać i patrzeć na brudną kartkę „no smoking 50 pounds  penalty”. Jak nigdy nie paliłam tak teraz mam ochotę.

Chciałabym napisać, że jestem w podrzędnym hotelu, ale przez gardło mi to nie przejdzie, bo płacę 55 funtów za noc (London, of course)  i oczekiwałam przynajmniej dwóch metrów kwadratowych i okna, które nie jest w rogu i nie wychodzi na ścianę.  Na parapecie po drugiej stronie gołąb grucha głucho i ze spokojem robi na śmieci walające się na dole.

Ten właśnie nastrój sprawił, że w końcu postanowiłam napisać o tym, co mnie w Anglii uwiera, boli, wkurza.

Zacznę od tego, że ja naprawdę lubię ten kraj. Pewnie w ogólnym rozrachunku nie jest tu ani lepiej, ani gorzej niż nigdzie indziej, ale istnieją pewne rzeczy, które czasem przechylają szalę na jedną lub drugą stronę. Nigdy nie planowałam tu zamieszkać, a gdy już tak się stało to i tak nie do końca odczuwałam wszystkie zalety i wady brytyjskiego życia, bo uniwersytet jest w pewnym sensie państwem w państwie. Jednak w drugim roku pobytu na Wyspach poczułam, że uzbierało się na tekst złożony z samych lamentów. A zatem:

  1. Cztery sekundy albo śmierć.

    Dosłownie cztery sekundy. 4. Policzyłam. Na skrzyżowaniu pod moim domem po 4 sekundach zielone światło dla pieszych zmienia się na czerwone. Co prawda potem nie rozjeżdża mnie samochód (z tą śmiercią przesadziłam, bo chciałam, żeby dramatycznie zabrzmiało), ale też nigdy nie ryzykowałam i zwykle w podskokach przebiegałam na drugą stronę. Ale co z dzieckiem? Ze starszą osobą? Z kimś, kto wolno chodzi albo nie ma ochoty na wyścigi? Na niektórych skrzyżowaniach „zielone” trwa dłużej, ale zwykle jest to jakieś kilkanaście sekund. W dodatku, żeby doczekać się na to, żeby bezpiecznie na zielonym przejść ulicę czasem trzeba sterczeć tam nawet 3 minuty. Brzmi krótko, ale uwierzcie – trwa wieki!

    Bieda tym, którzy muszą przejść przez pasy dwa razy, bo zielone dla pieszych jest jednocześnie po wszystkich czterech stronach. Kolejne 3 minutki czekania i 4 sekundy sprintu. Chyba, że tak jak ja przebiegną po przekątnej.

    Jedyny plus, że przechodzenie na czerwonym i nie na pasach jest legalne. Niby dobrze, ale jak widzę jak niektórzy piesi z tego korzystają to nigdy nie wsiadłabym za kółko, bo nie chciałabym mieć ich na sumieniu.

  2. Służba zdrowia.

    Z moich doświadczeń wynika, że sama mogłabym otworzyć przychodnię. Przyjmowałabym pacjentów z każdym problemem i przepisywała na każdą dolegliwość paracetamol.Przyznaję, że jest lepsza infrastruktura, zresztą pakuje się tu w służbę zdrowia tyle pieniędzy, że byłoby dziwne, gdyby było inaczej. Podobno niektórzy specjaliści też są doskonali. W dodatku Anglicy lubią chwalić się, że służba zdrowia jest bezpłata dla wszystkich, nikt nie pyta czy płacisz składki i czy jesteś tu legalnie. No świetnie, ale paracetamol mogę wziąć nielegalnie w domu, też bez składek.Tutaj moja droga do paracetamolu wygląda tak. Idę do „general practitioner” czyli lekarza od wszystkiego. Idę czyli dzwonię rano i opowiadam recepcjonistce, co mi dolega i nie korzystam z jej rady, żeby pójść do aptetki. Jeśli wiem, że nie muszę odpowiadać na jej pytania to uparcie powtarzam tylko, że chcę wizytę u lekarza. Jeśli udało się dodzwonić to dostaję numerek na ten sam dzień, jeśli nie to mogę umówić wizytę za trzy tygodnie. O umówionej godzinie stawiam się w przychodni i czekam pół godzinki w poczekalni z innymi chorymi, tak że szybko czuję się jeszcze chorsza. W końcu przyjmuje mnie lekarka, który nie jest lekarką tylko pielęgniarką, ale ja o tym nie wiem, więc nawet mi to nie przeszkadza. Mówię co mi dolega. Osoba w fartuchu kiwa głową. Pytam czy to może być związane z moją inną dolegliwością. Dowiaduję się, że osoba w fartuchu może zająć się tylko pierwszą dolegliwością. Zresztą, co za różnica skoro i tak i na to, i na to jest paracetamol. Tym razem jestem przygotowana i mówię: „Aha! Już brałam!”, ale otrzymuję polecenie, żeby wziąć więcej aż przestanie boleć.Zawsze mogę się wybrać do szpitala, gdzie po kilku godzinach na izbie przyjęć dowiem się, że tutaj mogą mi dać zastrzyk (zgadnijcie z czego? tak, z paracetamolu!), a dokładniej to się tym powinien zająć mój „general practitioner” (GP). Koło się zamyka.

    Aha, wszystko to co Wam wmawiali o tym, że musicie chodzić regularnie do ginekologa to bzdury. Tutaj się chodzi do tego samego GP i to tylko jak coś dolega, a co trzy lata na cytologię (no chociaż tyle!).

    Może w innych dzielnicach, miastach, hrabstwach jest inaczej i lepiej. Powiedzcie mi gdzie, a przeniosę się do lekarza w tych mitycznych krainach.

  3. Krajobraz po bitwie.
    W sobotę rano ulice wyglądają jak w wizji postapokaliptycznego świata. Puszki, papiery, butelki, kubki… Po prostu góra śmieci. Jasne, nie wszędzie i nie zawsze aż tyle, ale jest coś na rzeczy. Ludzie strasznie śmiecą, choć kosze stoją co parę metrów. Ostatnio widziałam jak dziewczyna jadła frytki na ulicy po czym bez kozery cisnęła tłuste pudełko za płotek do czyjegoś ogródka. Dorodne tulipany osowiały, dumne róże udawały, że ich to nie dotyczy, bez drgnienia płatków wpatrując się w pochmurne niebo.I to nie jest tak, że nikt nie sprząta. Zastępy ludzi ruszają każdego ranka odśmiecać miasto, bo niektórzy są przyzwyczajeni, że ktoś po nich posprząta. A najbardziej arogancką rzeczą, jaką słyszałam było, że w ten sposób ci drudzy zapewniając tym pierwszym prace…

    Niestety rzecz nie dotyczy tylko ulic, ale też kin, barów, autobusów etc. I nie myślecie, że śmieceniem zajmują się  zbuntowane nastolatki i antyspołeczni typkowie spod ciemnej gwiazdy. Z moich obserwacji wynika, że demokratycznie śmiecą wszystkie grupy społeczne, a niedemokratycznie sprzątają ten bajzel najbiedniejsi za najniższą krajową.

  4. Instant.

    A skąd właściwie tyle śmieci? Każda kawa nalewana jest do plastikowego lub w wersji super bio papierowego kubeczka, który po kilku łykach trafia do śmieci (wróć, na ulicę). (Chwała mojemu koledze, który chodzi z porcelanową filiżanką w róże i każe sobie tam nalewać). W każdym spożywczaku są pełne lodówki gotowego jedzenia – kanapki, makarony, sałatki, wrapy, wszystko. A najlepsze: obrane i pokrojone owoce. A i to nie wszystko: obrane, pokrojone i zapakowane w plastik warzywa, marcheweczki, ziemniaki, cukinie, co dusza zapragnie.  I to się sprzedaje w ogromnych ilościach. Bo nie dziwi mnie, że to istnieje, dziwi mnie, że to jest tak powszechne i masowe.

    Niech pierwszy rzuci pustym plastikiem po kanapce, kto nigdy nie kupił gotowego żarcia w sklepie przy drodze i nie obdarł z niego pięciu warstw plastiku. Mnie niestety to się zdarzyło i nie jestem z tego dumna.

    5.6. Miały być jeszcze dwa punkty, ale nie mogę nic więcej wymyślić. Jak mi jeszcze coś przyjdzie do głowy to napiszę.

    Wynarzekałam się za wszystkie czasy i trochę mi ulżyło. Jeśli chodzi o codzienne życie to wszystko powyższe jest niczym w porównaniu z tym, co mi się tutaj podoba, a o czym niebawem w „6 rzeczy, które uwielbiam w Anglii”.

    Uwaga: powyższe uwagi dotyczą moich osobistych doświadczeń, chętnie poznam Wasze.

Podziel się słowem lub dwoma

komentarzy