Miesięczne archiwum: Styczeń 2015

Zagajewski na niedzielę: Ciepły deszcz

Poezja Adama Zagajewskiego jest elegancka, miarowa, podszyta melancholią. Czasami jego twórczość zdaje się być wierszami zmęczonego leciwego rewolucjonisty, który z biegiem lat zapomniał o sprawach wielkich i próbuje dotknąć zwyczajności minionych dni. Spójrzcie jak idzie jakąś ulicą, w jakimś mieście, jakiegoś dnia:

Ciepły deszcz

Wieczorem, w obcym mieście, szedłem

ulicą, która nie miała imienia.

Coraz głębiej zanurzałem się w obcość,

w gęstą wiosnę, po stopniach kamiennych.

Padał ciepły deszcz i ptaki śpiewały

cicho; czułość była w ich głosach dalekich.

Syreny statków płakały w porcie,

żegnając się z ziemią znajomą.

W otwartych szeroko oknach kamienic

stały postaci ze snów moich i twoich,

i wiedziałem, że idę w przyszłość, w epokę

minioną, jak pielgrzym do Rzymu.

Dlaczego Kościół katolicki powinien być za „pigułką po”

Wszystko wskazuje na to, że niedługo w Polsce antykoncepcja awaryjna w postaci „pigułki po” będzie dostępna bez recepty. Zdania są podzielone, niektóre panie byłyby skłonne skorzystać z takiego rozwiązania i są zadowolone, że będzie to łatwo dostępne, niektóre nie i w żaden sposób nie wpływa to na ich życie.

Dostojnicy Kościoła katolickiego burzą się i chmurzą tak jakby oznaczało to, że każda kobieta będzie musiała się taką pigułkę faszerować. A w dodatku popić flaszką wódki, bo alkohol jest dostępny bez recepty w każdym monopolowym i nie tylko. A na koniec oczywiście papieros po, żeby dopełnić dzieła zniszczenia.

Stanowisko Kościoła katolickiego wydaje mi się jednak nieprzemyślane i zwyczajnie mnie dziwi. Widzę w tej sprawie dwie istotne kwestie.

Po pierwsze, Kościół może zająć stanowisko w sprawie słuszności takiego rozwiązania, ale nie ma prawa decydować o uniemożliwieniu skorzystania z niego całej rzeszy mieszkańców Polski, którzy wcale nie są co do jedego i co do jednej katolikami.

Po drugie, Kościół zdaje się traktować wiernych jak małe dzieci, które trzeba trzymać z dala od widoku słodyczy, bo inaczej będą się nimi objadać i grzeszyć, grzeszyć, grzeszyć. Stanowisko episkopatu jest następujące:

„stosowanie tzw. antykoncepcji doraźnej otwiera drzwi do istotnej zmiany kulturowej postaw i relacji międzyludzkich: propaguje swobodę seksualną i brak odpowiedzialności za podejmowanie relacji intymnych, banalizuje seksualność człowieka, niszczy ideał wyłączności relacji między kobietą i mężczyzną oraz pozwala na uwolnienie się od odpowiedzialności za drugiego człowieka”.

Od razu nasuwa się wątpliwość: ale przecież katolik, będący w tym przypadku katoliczką, nie będzie czegoś takiego stosować, choćby wszyscy wkoło ją do tego namawiali. Księża najwyraźniej mają inne zdanie. Pośrednio wynika z tekstu powyżej, że katolicy są odpowiedzialni w relacjach intymnych, traktują seksualność poważnie, kultywują ideał wyłączności między kobietą i mężczyzną, są odpowiedzialni za drugie człowieka tylko ze strachu przed niechcianą ciążą. W momencie kiedy tego zagrożenia nie będzie, bo można będzie połknąć pigułę po, wielu z nich złamie te zasady. A to oznacza nie mniej ni więcej, że to nie wiara nakłaniała ich do tego cnotliwego zachowania, a po prostu strach.

Wprowadzenie „pigułki po” może być więc dla katolików próbą wiary, czystości i innych cnót. Jeśli bowiem nie ma pokusy to nie ma możliwości grzechu. A jeśli nie ma możliwości grzechu to nie można powiedzieć, czy dane zachowania i wartości wynikają z prawdziwej wiary czy też z innych praktycznych pobudek.

Dostojnicy Kościoła postąpiliby o wiele lepiej, gdyby nie walczyli tak drapieżnie o zakaz wprowadzenia „pigułki po” bez recepty, a potraktowali swoich wiernych jak jednostki podejmujące wyboru podług wolnej woli.

P.S. Nie wchodzę tutaj w dygresje na temat wpływu Kościoła na ciało i seksualność swoich wiernych. Wstępując do tej wspólnoty muszą się z tym liczyć i podporządkować (ewentualnie przeprowadzić bunt lub schizmę).

Jak nie napisać pracy dyplomowej (ani niczego innego)

Pisanie wydaje się zajęciem łatwym i przyjemnym. Każdy niepiszący wie, że strumienie liter wytryskują kaskadami spod palców i sama układają się w zdania pełne sensu i niebagatelnego piękna. Każdy piszący zaś pewnie choć raz wpatrywał się w białą otchłań ekranu i nie był w stanie skazić jej ani jednym trafnym słowem.

Jak inni dwudziestoparolatkowie, którzy zdecydowali się studiować mam troszkę doświadczenia w pisaniu pracy dyplomowej, a jeszcze więcej w niepisaniu pracy dyplomowej.  Poniżej przedstawiam kilka rad jak nie napisać pracy dyplomowej. Można je również częściowo zastosować jeśli nie chcemy napisać książki, recenzji i w ogóle czegoś sensownego.

1. Pisz. Zacznij pisać od razu. Nie zastanawiaj się tylko pisz. Nie szukaj informacji, pisz!  Nie trać czasu, pisz!  Nie myśl, pisz!

2. Nie czytaj. Na pewno już wszystko wiesz i nic cię nie zainspiruje. W dodatku możesz zarazić się czyimś stylem, bo to przecież jak wirus.

3. Działaj spontanicznie. Nie ustalaj żadnego planu, a nuż jak będziesz mieć wenę to napiszesz wszystko w jedną noc.

4. Bądź jak tajny agent. Nie rozmawiaj z innymi o tym nad czym pracujesz. Nie pytaj nikogo o zdanie. Nie dziel się swoimi sekretami. Nie mów o sukcesach ani o porażkach. Nie pomogą, a wręcz mogą ukraść ci temat, pomysły, litery, ba nawet komputer.

5. Odpręż się na fejsbuczku. Co 10 minut. Na 10 minut.

6. Pisz 16 godzin dziennie. Przynajmniej. Jak już nie możesz to i tak pisz dalej. Może umrzesz w trakcie i problem z głowy. Nie oglądaj filmów. Nie spotykaj się z przyjaciółmi. Nie miej zainteresowań. W skrócie: nie miej życia prywatnego. Na to przyjdzie czas jak już napiszesz. O ile istnieje jakieś życie „po”.

7. Unikaj otwartych przestrzeni. Szczególnie tych skażonych zielenią i czystym powietrzem. Inhaluj się kurzem ze starych ksiąg i kuruj maścią z bakteri z klawiatury.

8. Nie marnuj czasu na gotowanie i jedzenie. Nie daj ukraść sobie kolejnych minut z życia, żeby zadośćuczynić tej upokarzającej biologicznej czynności. Jedz fast foody. Jak cię nie stać na fast foody to rób sobie codziennie kanapkę z serkiem topionym. Popij kawą. Ewentualnie colą lub napojem energetyzującym.  Jak poczujesz, że tracisz siły zjedz batonika. Jak nie stać cię na batonika to wyjedz cukier z cukierniczki w bufecie w bibliotece. Łyżeczka po łyżeczce. Nikt się nie zorientuje. Możesz też zrobić spichlerz z własnej klawiatury.

9. Nie rób notatek, zapamiętasz. Czy to genialny pomysł czy jakiś drobiazg to na pewno nie warto na to marnować rysika z ołówka. Skoro ta myśl raz przebiegła przez twoją głowę to na pewno jest gdzieś tam na zwojach mózgowych i w każdej chwili można do niej sięgnąć.

10. Zapisuj fragmenty pracy w różnych folderach pod nazwami takimi jak „ważne”, „kfdnud”, „fragment”, „xx”, „czesc1”.  Nie rób kopi zapasowych. Nie wysyłaj sobie fragmentów na maila.

Jeśli zaś chcesz szybko i efektywnie napisać pracę dyplomową lub inne wiekopomne dzieło jest tylko jedno rozwiązanie:

Z prywatnych dziejów sentymentalizmu: 6 miesięcy w Anglii

Czas pędzi. Gna. Ucieka. Właśnie się zorientowałam, że od naszej przeprowadzki do Anglii minęło juz prawie pół roku. Pół roku!

Lubię podsumowania. Są takie płaskie i wybiórcze. Pół roku zdarzeń i myśli zostaje skondensowane i sprasowane. Zamiast niezrozumiałego nurtu życia mam tabletkę zawierającą „wszystko, co ważne”. Łatwą do przełknięcia.

A więc krótkimi słowy. Było intensywnie. Szukanie mieszkania, kupowanie łyżek do kuchni, sadzenie kwiatków i tysiące innych małych uroczych chwil. Mnóstwo małych-wielkich spraw, które trzeba załatwić w nowym kraju. W myślach nazywam to zapuszczaniem korzeni.

Było ciekawie. Nowe ulice, nowi ludzie, nowy język (o tak! Mancunian dla mojego niewprawnego ucha nie równał się angielskiemu).

Było inspirująco. Tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze uniwersytet i początek pracy badawczej w doskonałej atmosferze i ze świetnymi intelektualnymi przewodnikami. Po drugie, małe rzeczy, których wcześniej nie robiliśmy, ale na fali zmian zaczęliśmy robić. Chyba najfajniejsza z nich to niedawne odkrycie (częściowo na nowo) planszówek i RPG.

Było po prostu dobrze. Mimo tęsknoty za tymi, którzy zostali tam za morzem (oh, znowu mieszkamy na wyspie!) i tymi za dwoma morzami (na naszej drugiej [pierwszej?] wyspie). Tej tęsknoty, która pewnie nigdy nie minie, ale ma charakter bardziej sentymentalny niż traumatyczny. Dobrze w naszym nowym życiu. Dobrze z przyjaciółmi, których do siebie zwabiliśmy i tymi, których poznaliśmy na miejscu. Dobrze ze sobą, czy to w deszcu na rowerach, czy w chłodne dni przy kominku (a tak, mamy kominek, znaleziony w piwnicy), czy włócząc się bez celu gdzieś po ulicach nieznanego miasta.

A najkrócej: dobrze zrobiliśmy. Dobrze wybraliśmy czy też dobrze trafiliśmy. Nigdy nie myśleliśmy, że będziemy mieszkać w Anglii. Kierowaliśmy się w wyborze głównie możliwościami, na co w dłużej mierze złożyła się jakość uniwersytetu i dostęp do zasobów (dla mnie archiwa i biblioteki, dla Davide to nawet nie wiem, jakieś zderzacze czegoś i laboratoria, ważne, że było tak jak należy). Rozważaliśmy jeszcze Stany Zjednoczone (za daleko), Szwecję (za drogo i za zimno), Singapur (ja, Davide się nie wypowiedział) i Niemcy (jak usłyszałam tę propozycję to wymyśliłam Anglię). I tak oto jesteśmy w Anglii. Przynajmniej na czas jakiś.