Miesięczne archiwum: Lipiec 2014

Wilk z ulicy Murowej

Wall Street. To brzmi dumnie. Nazwa słynnej nowojorskiej ulicy, przy której mieści się giełda wypada gorzej w polskim tłumaczeniu – Murowa. Czy ktoś tam jednak widział jakiś mur? Mało kto. Jednak gdy staniemy na środku ulicy i dobrze się przyjrzymy to dojrzymy kilka elementów z bardzo starego drewna, tak zdeptanego, że przypominającego kamień. Mur zachował się już tylko w tych kilku zmurszałych kawałkach i słynnej nazwie.

Każdy kto był kiedyś w Nowym Yorku albo chociaż, tak jak ja , wybrał się na wycieczkę po mapach Google zastanawia się teraz pewnie po co mur w środku miasta. Cofnijmy się w czasie do okresu, kiedy Nowy Jork nie był jeszcze Nowym Jorkiem, a Nowym Amsterdamem czyli pierwszej połowy XVII stulecia.

Przedsiębiorczy Holendrzy, którzy założyli osadę o tej nazwie, odkupili od miejscowych Indian wyspę Manna-hata za 60 guldenów holenderskich lub, jak mówią inne źródła, garść szklanych paciorków. Tak czy inaczej, interes zrobili wyśmienity i postanowili jakoś zabezpieczyć się przed Brytyjczykami, których apetyt na rosnący w siłę ośrodek handlu zaostrzał się z biegiem czasu. W handlu jednak Holendrzy najwyraźniej byli lepsi niż w sztuce wojennej, bowiem uznali, że drewniany płot (zwracając im honor: później przebudowany w solidną palisadę) załatwi sprawę.

Czemu jednak na środku wyspy? A dlatego, że obecny środek był ówcześnym brzegiem. Usytuowanie muru nie budzi już wątpliwości, trzeba przyznać, że było ze wszelkich miar rozsądne. Dopiero wiele lat później mieszkańcy miasta wpadną na pomysł, żeby powiększyć wyspę zasypując kamieniami i ziemią spory pas wody.

Jednak zanim wyspa się rozrosła Anglicy postanowili, że najwyższy czas przejąć ją w posiadanie. Chciałoby napisać się „zdobyć”, ale o zdobywaniu nie było mowy, bo Holendrzy ostatecznie uznali, że walczyć nie warto i oddali miasto w ręce nowoprzybyłych. Nazwę niemal natychmiast zmieniono na Nowy York, niezbyt pomysłowo trzeba przyznać. I na tym zmiany się właściwie skończyły – nie tylko nikomu nie poderżnięto gardła,  ale urzędnicy utrzymali swoje posady, transakcje nadal odbywały się po holendersku, a jeśli komuś nowy/stary porządek się nie podobał to mógł skorzystać z darmowego biletu na statek do starego Amsterdamu.

Mur sie nie przydał. Po kilku latach (1699) został rozebrany, a pozostałe po nim drewno posłużyło do brukowania nowopowstałej ulicy. Posadzono tam platan, a w cieniu jego gałęzi handlowcy mogli robić interesy. Ale to już inna historia…

Cyfra śmierci czyli jak rozpoznać fałszywego Chińczyka

Wyobraźcie sobie, że Wasz znajomy z Chin, nazwijmy go Han, zaprasza Was do siebie do Pekinu i podaje swój adres. Powiedzmy, że w polskim tłumaczeniu ulica będzie nosić nazwę Wiśniowa, numer 4, piętro 14, mieszkania 24. Gdybyście mieli problemy ze znalezieniem, dzwońcie na komórkę Hana: + 86 14 000 444. Myślicie, że gdybyście w przypływie spontaniczności postanowili skorzystać z zaproszenia Hana to na Wiśniowej 4 czekałoby na Was przytulne mieszkanko?

Niestety. Han nie jest Hanem i niech Was jego skośne oczy nie zmylą. Ewentualnie może być Hanem, ale nie Hanem chińskim. Ostatecznie jest Hanem chińskim, który przed czymś Was ostrzega lub zastawia na Was pułapkę. W każdym razie coś tu nie gra.

Wyjaśnienie jest proste, choć ciekawe. Pradopodobnie żaden Chińczyk nie mieszka pod numer 4, 14 lub 24, a nikt w Chinach nie posiada numeru 14 000 444. Dlaczego? Chińczycy cierpią bowiem na tetrafobię, czyli strach przed liczbą 4. Przesąd o pechowości tej liczby wynika z tego, że w języku chińskim słowo „cztery” i słowo „śmierć” są fonetycznie bardzo podobne.

Cztery wymawia się si’/sei (pinyin/jyutping), a śmierć si/sei( pinyin/jyutping). Jeszcze gorzej jest z liczbą 14, która brzmi jak fraza „na pewno śmierć” i liczbą 24, po wymówieniu której otrzymujemy słowa „łatwa śmierć”.

W związku z wiarą w moc liczb Chińczycy unikają czwórki jak ognia. W budynkach nie ma czwartego piętra ani mieszkań o numerach 4,14 i 24. Nie znajdziemy też bloku numer cztery ani nie zaparkujemy samochodu w miejscu oznaczonym czwórką. Liczby te są pomijane lub zastępowe odpowiednio 3A, 13A, 23A.

W codziennym życiu unika się używania słowa cztery. Chińczyk zapewne woli spędzić jeden dzień więcej w pracy niż rozpocząć urlop 4 kwietnia.

Władze Chin starają się nie podsycać histerii wokół feralnej liczby. Jednak w pewnych sytuacjach praktyczniej jest wziąc pod uwagę moc tego przesądu. Tak też postąpili urzędnicy w jednym z chińskich miasteczek, zakazując wydawania tablic rejestracyjnych zawierających czwórkę. W ten sposób procedura okazała się znacznie sprawniejsza, bo rozwiązał się problem osób, które po uzyskaniu numeru rejestracyjnego z czwórką ubiegali się o przyznanie innego numeru. Innym przykładem są igrzyska olimpijskie. Przypuszcza się, że Chiny nie ubiegały się o organizację igrzysk w 2004 roku ze względu na ostatnią cyfrę tej daty, a wolały poczekać do roku 2008 (ósemka uważana jest za liczbę szczęśliwą).

O tetrafobii należy pamiętać także prowadząc interesy w Azji. Finlandzka Nokia zdecydowała się nie wprowadzać na rynek chiński produktu Nokia 4000 oraz zrezygnował z numerów telefonicznych zaczynających się od czwórki.

Strach przed liczbą 4 nie dotyczy wyłącznie Chińczyków, ale także innych narodów azjatyckich, w których językach na skutek zapożyczeń z chińskiego występuje to samo zjawisko fonetyczne. Musimy więc zachować poczwórną ostrożność podróżując do Japonii, Malezji, Korei, Wietnamu i Singapuru. Po pierwsze, jeśli macie 24 lata to w rozmowie z Azjatą lepiej odmłodzić się o rok. Po drugie, nie domagajcie się głośno czterech kaw. Po trzecie, nie umawiajcie się z nikim czwartego kwietnia o czwartej. Po trzecie A, poprzestańcie na trzech.

Kobieta trzydziestoletnia

Po 134 latach od  pierwszego wydania ze skandalu została nuda, z nowatorstwa banał, ze śmiałości zachowaczość. Nikogo już bowiem nie zdziwi , że Balzac w „Kobiecie trzydziestoletniej” nazywa małżeństwo legalną prostytucją, a zamiast wychwalać uroki młodzieńczej miłości dostrzega zalety dojrzałej kobiecości. Tym, co niezaprzeczalnie zachowuje wszystkie dawne walory jest styl. Narracja, choćby taka, której głębia dla współczesnych może być już płycizną, toczy się gładko,  uwodząc każdym słowem.

Nie namawiam Was do sięgnięcia do całości, ale chętnię podzielę się jednym z najsmakowitszych fragmentów, urzekającym opisem postaci, tytułowej kobiety trzydziestoletniej:

„Margrabina, wówczas licząca trzydzieści lat, była piękna, mimo że wątła i niezmiernie delikatna. Największy jej urok płynął z fizjonomii, której spokój zdradzał zadziwiającą głębię. Oko pełne blasku, ale jakby zamglone myślą, kryło wraz gorączkowe życie i bezmierną rezygnację. Powieki zawsze skromnie spuszczone ku ziemi, podnosiły się rzadko. Jeśli spoglądała wkoło, czyniła to smutnym ruchem; rzekłbyś, iż zachowuje ogień swych źrenic na jakieś tajemne wizje. Toteż każdy nieprzeciętny człowiek odczuwał szczególny pociąg do tej łagodnej i cichej kobiety. O ile inteligencja starała się przeniknąć tajemnicę jej ciągłej ucieczki w przeszłość, dusza niemniej pragnęła poznać sekret serca jak gdyby dumnego ze swych cierpień. Nic zresztą nie niweczyło wrażenia, jakie budziła na pierwszy rzut oka. Jak wszystkie prawie kobiety o bardzo długich włosach, była blada i bardzo biała. Skóra jej, nadzwyczaj cienka – znak rzadko zawodny – przyrzekała wrażliwość, a potwierdzały to rysy posiadające ową cudowną subtelność, jaką chińscy malarze dają swym fantastycznym postaciom. Szyja była może przydługa: ale takie szyje mają najwięcej wdzięku; dają głowie kobiecej magnetyczne ruchy węża. Gdyby nawet nie istniała żadna z oznak, jakimi zdradzają się najskrytsze charaktery, wystarczyłoby przyjrzeć się ruchom głowy i falowaniu szyi, aby ocenić kobietę.

Strój pani d’Aiglemont był w harmonii z myślą skupioną w jej osobie. Włosy zaplecione w grube warkocze tworzyły wysoką koronę bez żadnej ozdoby, jak gdyby margrabina na zawsze pożegnała się ze strojem. Nie można było jej pochwycić na owych mizernych sztuczkach zalotności, którymi szkodzi sobie wiele kobiet. Ale stanik jej, mimo iż skromny, nie mógł całkowicie zakryć wdzięku kibici. Cały zbytek jej długiej sukni polegał na wykwintnym kroju; jeśli wolno jest szukać myśli w spożytkowaniu materii, można by rzec, iż liczne i proste fałdy dawały jej coś bardzo szlachetnego. Niezatarte cechy kobiety przejawiały się może w wielkiej dbałości o rękę i nogę, które pokazywała z pewnym upodobaniem; ale najzłośliwsza rywalka nie mogłaby jej pomówić o mizdrzenie się, tak bardzo ruchy te zdawały się mimowolne lub płynące z nawyku. Te resztki zalotności okupywała pełna wdzięku niedbałość. Te wszystkie szczegóły, ten całokształt drobiazgów, które stanowią o urodzie lub brzydocie, o wdzięku lub braku wdzięku u kobiety, można tu jedynie zaznaczyć, zwłaszcza gdy, jak u pani d’Aiglemont, dusza jest węzłem wszystkich szczegółów i daje im rozkoszną harmonię. Toteż wzięcie jej godziło się cudownie z charakterem twarzy i stroju. Dopiero w pewnym wieku, pewne wybrane kobiety umieją dać wymowę swej postaci. Czy to zgryzota, czy szczęście dają trzydziestoletniej kobiecie, szczęśliwej lub nieszczęśliwej, tajemnicę tego wymownego wzięcia? Będzie to zawsze żywą zagadką, którą każdy tłumaczy w duchu swoich pragnień, nadziei lub teorii. Sposób, w jaki margrabina wspierała się o poręcz fotela i zaplatała palce, jak gdyby bawiąc się nimi, pochylenie szyi, bezwład znużonego, ale giętkiego ciała, które zdawało się z wdziękiem złamane w fotelu, niedbale wyciągnięte nogi, leniwa poza, ruchy pełne zmęczenia; wszystko to znamionowało kobietę, której nie zajmuje w życiu nic, która nie zaznała rozkoszy miłości, ale marzyła o nich, i która ugina się pod ciężarem wspomnienia; kobieta, która od dawna zwątpiła o przyszłości albo o sobie; kobieta niezajęta, która bierze pustkę za nicość.”

Biblioteka idealna

Nastał czas letni, którego dni długie a jasne najprzyjemniej spędzić w bibliotecznym kurzu wsród szelestu grubych ksiąg. Dobrze urządzona biblioteka publiczna powinna zajęcie to umilić i uprościć. Ale jak? Zerknijcie na podpowiedzi, których udziela Umberto Eco.

Czy Wasze doświadczenia biblioteczne zgadzają się z wizją włoskiego filozofa? Najgorszą z dużych bibliotek, do których trafiłam była biblioteka miejska w Palermo, a najlepszą ta w Manchesterze. Do łódzkiej biblioteki wojewódzkiej mam duży sentyment i doceniam przeprowadzone tam ostatnio zmiany, ale myślę, że niektóre z poniższych wytycznych autorstwa Eco nadal tam obowiązują. Na szczęście pozostaje jeszcze BUŁ, choć wszystkimi jej urokami cieszyć się mogą tylko studenci.

Sprawdźcie sami czy Wasza biblioteka została zorganizowana tak jak na początku lat 80. marzyło się to Umberto Eco:

JAK URZĄDZIĆ BIBLIOTEKĘ PUBLICZNĄ

  1. Katalog winien być poszatkowany na jak najwięcej działów; należy z wielką pieczołowitością oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, oba zaś od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od tych, które zakupiono dawniej. Ortografia w obu tych katalogach (nabytków nowych i dawnych) winna być w miarę możliwości zróżnicowana; na przykład w nabytkach nowych retoryka pisze się przez jedno t, a w dawnych – przez dwa; Czajkowski w nabytkach nowych przez Cz, w dawnych – z francuska, przez Tsch.
  2. Tematy ma określać bibliotekarz. Książki nie powinny zawierać w kolofonie wskazówki co do tematu, pod jakim należałoby je zakatalogować.
  1. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wypisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.
  2. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.
  1. Nie ma potrzeby wypożyczać więcej niż jedną książkę na raz.
  2. Książki, dostarczone przez obsługę dzięki wypisaniu przez czytelnika odpowiedniego rewersu, nie mogą być przenoszone do biblioteki podręcznej, tak więc należy oddzielić w swoim życiu dwa fundamentalne aspekty: jeden dotyczący lektury, drugi – sprawdzania. Biblioteka ma zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek, bo od tego można przecież dostać zeza.
  3. Unikać wyposażenia biblioteki w jedną chociażby kopiarkę; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej ma być pracochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż w mieście, limity bardzo niskie, co najwyżej dwie, trzy stroniczki.
  4. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby bowiem w pracy), za potencjalnego złodzieja.
  5. Dział informacji winien być nieosiągalny.
  6. Należy zniechęcać do wypożyczania.
  7. Wypożyczanie międzybiblioteczne winno być maksymalnie utrudnione, a w każdym razie wymagać całych miesięcy czekania. Najlepiej jednak zadbać o to, żeby zapoznanie się ze stanem posiadania innych bibliotek było niemożliwe.
  8. W konsekwencji tego wszystkiego kradzież książek winna być ułatwiona.
  9. Godziny otwarcia biblioteki winny dokładnie pokrywać się z godzinami pracy, przedyskutowanymi wcześniej z przedstawicielami związków zawodowych; biblioteka ma być poza tym zaryglowana na cztery spusty w soboty, niedziele oraz w porze obiadowej. Największym wrogiem biblioteki jest pilny student; najlepszym przyjacielem – Don Ferrante, człowiek, który ma własną bibliotekę, nie musi więc chodzić do biblioteki publicznej, której zapisuje jednak swój księgozbiór.
  10. Winno być całkowicie niemożliwe zjedzenie czegokolwiek w obrębie biblioteki; w żadnym razie nie może być mowy o posilaniu się poza biblioteką, jeśli nie zwróci się wszystkich książek, z których się korzysta, tak by po wypiciu kawy trzeba było zamówić je od nowa.
  11. Nie dopuszczać do odzyskania następnego dnia czytanej książki.
  12. Niemożliwe winno być uzyskanie informacji, kto wypożyczył brakującą książkę.
  13. Jeśli się tylko uda – żadnych ubikacji.
  14. W sytuacji idealnej czytelnika powinien obowiązywać zakaz wstępu do biblioteki; zakładając jednak, że do niej wtargnął, nadużywając w małostkowy i mało sympatyczny sposób swobód przyznanych mu wprawdzie przez Wielką Rewolucję, lecz nie przyswojonych jeszcze przez zbiorową wrażliwość, w żadnym razie nie może, i nigdy nie będzie mógł mieć dostępu do półek z książkami – jeśli pominie się prawo do pospiesznego przemknięcia przez bibliotekę podręczną. (…)

 

(1981)

U. Eco, Zapiski na pudełku od zapałek, Poznań 1993, s. 21-23.