Miesięczne archiwum: Luty 2014

Słowa pod(różne): Wrocław

Po dawnym Wrocławiu prowadził mnie Marek Krajewski. Razem z antypatycznym Eberhardem Mockiem chodziłam ulicami o długich niemieckich nazwach, między budynkami z buroczerwonej cegły, setkami kładek i mostów rozpiętymi nad Odrą rozlewającą się w sieć kanałów wypełnionych mętną granatową wodą. Przyjechać ze starego, literackiego Wrocławia do Wrocławia realnego, dzisiejszego było dla mnie nie lada przeżyciem.

Pierwszym kontaktem z miastem żywym, ale dla mnie wciąż zanurzonym w klimacie noir, było studiowanie mapy. Miasto otoczone fosą, wypełniające małe wysepki, pokropione placami zieleni, pozszywane mostami, kładkami, wiaduktami. Topograficzne przygotowanie nie pomogło mi specjalnie, bo zdążyłam zgubić się już na dworcu autobusowym (pięknie odnowionym, przywodzącym na myśl wielki projekt steampunkowy), ale na szczęście trafiłam szybko do Informacji Turystycznej, gdzie skierowano mnie na właściwe tory.

Miasto jest na tyle duże, żeby było tam wszystkiego pod dostatkiem i na tyle małe, żeby człowiek czuł się w nim pewnie i przytulnie. A właściwie nie tylko człowiek, bo we Wrocławiu rozpanoszyły się też krasnoludki, których metalowe postacie liczyłam zawzięcie przez cały dzień (najbardziej podobał mi się ten przy krasnoludzkim bankomacie obok tabliczki „Bank Zachodni – Oddział Krasnoludzki”). Ich liczba rośnie, a związek z upamiętnianiem Pomarańczowej Alternatywy maleje. Wstyd powiedzieć, że naliczyłam 14 (drugie tyle wypatrzył Davide) skoro jest ich podobno 270 z największym skupiskiem na Starym Rynku. Miejscu uroczym, otoczonym kolorowym strzelistymi kamieniczkami i  bramo-tunelami, w których w przeciwieństwie do tych łódzkich nie czai się zło, ale sklepiki, pracownie i kawiarnie.

Zaraz po eksplorowaniu Rynku, żądna kontaktu z przyrodą, powiodłam siebie i Davide na wyspy. Przywitały nas krzyki i śpiewy ptaków, które bezapelacyjnie były gospodarzami tego miejsca. Na piaszczystym cypelku stworzenia te w najlepsze oddawały się odpoczynkowi i rozrywce. Śmialiśmy się, że to państwo multikulturowe, bo razem z białymi i brązowymi łabędziami w płyciznach Odry taplały się gołębie, kaczki i inne niezidentyfikowane przez nas skrzydlate stwory. Do tego dochodziła mała gromadka dzieci i dorosłych zastanawiających się czy tubylcy nie wydłubią ich pociechą oczu.

Po wizycie w ptasim grodzie wybraliśmy się na Ostrów Tumski, który zadowolił moje poczucie estetyki i pobudził wyobraźnię historyczną. Luty lutowy wiatr jednak dość szybko przegnał nas w stronę ciepłych murów kamieniczek i ostatecznie do potężnego gmachu Muzeum Narodowego (a sam gmach zasługuje na uwagę, zbudowany w stylu neorenesansu niderlandzkiego uzupełnionego przez naturę pnączami bluszczu, który latem na pewno rozzielenia całą budowę). Nasyceni sztuką śląską ( w tym wizerunkiem brodatej dziewicy Heleny i obrazem z ruchomymi oczami poruszanymi nakręcanym mechanizmem), widokiem samurajskim mieczy i dziwadłami współczesności wyszliśmy do parku, nad którym górował Anioł Śmierci. Wyjaśniłam pokrótce Davide sens Pomnika Ofiar Zbrodni Katyńskiej i do listy polskich filmów do obejrzenia dopisałam w myślach „Katyń” Wajdy.

Wolnym krokiem poszliśmy w stronę Rynku. Cieszyły nas kolory zmurszałej cegły, czy to gotyckich budowli, czy to dawnych fabryk, czy nowych galerii handlowych (może Łódź już zostawia takie piętno w umyśle, że czerwona cegła to archetyp piękna). Dzięki Oliwii dotarliśmy jeszcze do Synagogi pod Białym Bocianem w dawnej dzielnicy żydowskiej. Bez niej na pewno nie odnaleźlibyśmy też Pomnika Pamięci Zwierząt Rzeźnych w starych jatkach (nie zachwycę się drewnianą zabudową, bo miejsce rzeźni na zachwyt nie zasługuje).

Spacer ulicą Podwale wzdłuż kanału pozwolił mi też rzucić okiem na siedziby policji, prokuratury i sądu. Nie pamiętam czy to właśnie te, gdzie nadwachmistrz Mock jeździł dorożkami przez błoto zerkając niechętnie na Wrocław sprzed kilkudziesięciu lat. Muszę wrócić do tych książek i spróbować nałożyć ich klimat na klimat mojej jednodniowej wycieczki. Krótkiej, ale na pewno nie ostatniej, bo Wrocław zwycięsko przeszedł starcie z moją wizja tego miasta i wciąż kusi mnie swoimi wdziękami.

 

„Śnię ciebie, która śnisz mnie…” – Lars Gustafsson o miłości

„Przez lustro” to jeden z najpiękniejszych wierszy, jakie czytałam w ostatnim czasie.  Szwedzkim oryginałem, który wyszedł spod pióra Larsa Gustafssona, niestety nie mogę się rozkoszować ze względu na brak znajomości języka. Pozostają mi polskie tłumaczenia. Mam do dyspozycji dwa i nie mogę się zdecydować, które mi się bardziej podoba. Zobaczcie:

 

Przez lustro

Najdroższa,

śpiąc daleko od siebie,

jednak dzielimy noc

 

i śnimy o sobie.

Gdybym obudził się teraz,

nie byłoby mnie.

 

Śnię o tobie,

która śnisz mnie.

 

Jeśli cię obudzę,

zniknę.

 

Tłum. Zbigniew Kruszyński

 

Poprzez lustro

Najukochańsza

śpiąc tak daleko od siebie

 

dzielimy jednak wspólną noc

I śnimy siebie nawzajem

 

Gdybym teraz się zbudził

przestałbym istnieć.
Śnię ciebie

która śnisz mnie.

 

Jeśli cię obudzę

zniknę.

 

Tłum. Roman Kaźmierski

 

Podobne, ale to jednak nie to samo. Spójrzmy na porównanie. Wytłuściłam fragmenty, które bardziej mi się podobają w porównaniu z drugą wersją.

przez lustro

Bardzo bym chciała przeczytać również wersję angielską, ale nigdzie nie mogłam jej znaleźć. Błagam, jak ktoś zna/wie/widziała/słyszała to proszę dać znać.

Lars Gustafsson przy pracy. Urokliwy gabinet, prawda?

Końskie idiomy czyli o użyteczności słówka „horse”

Anglikom zdarza się jeść jak koń, śmiać się jak koń, mieć koński rozum, a nawet urządzać końskie harce. Tak jak my zaglądają też darowanemu koniowi w zęby. W dodatku to, co się z jego paszczy usłyszy to wiarygodna informacja. Jak widać koń był wdzięcznym źródłem do tworzenia metafor, bo koń jaki był każdy widział.

Konia realnego, konia z kopytami, widuje się coraz rzadziej, ale figurę konia, konia słownego, napotkać można nader często we współczesnej angielszczyźnie. Dziś postanowiłam przyswoić sobie kilka końskich idiomów:

change horses in midstream – zmienić zaprzęg w połowie brodu, zawrócić w połowie drogi, zmienić plany w trakcie

a willing horse – gorliwy pracownik

eat like a horse – jeść jak wilk, jeść bardzo dużo

a dark horse – wielka niewiadoma, niespodziewany zwycięzca, osoba, o której niewiele wiadomo, a może się wykazać wielkimi umiejętnościami

flog a dead horse – wysilać się na próżno, próbować zainteresować kogoś nieaktualnym już tematem,młócić słomę, też: rozdrapywać rany

hold your horses – wstrzymaj się, poczekaj chwilę

a horse laugh – donośny, chrapliwy śmiech

a horse of a different colour – coś zupełnie odmiennego, przeciwieństwo, inna para kaloszy

horse sense – zdrowy rozsądek, chłopski rozum

horseplay – dzikie wybryki, głośna i niebezpieczna zabawa

there are horses for courses – właściwi ludzie na właściwym miejscu

the iron horse – kolej żelazna

look a gift horse into the mouth – zaglądać w zęby darowanemu koniowi

lock the stable door after the horse has bolted – próbować zapobiec czemuś na co jest już za późno, mądry Polak po szkodzie

to get off one’s high hourse – przestać się rządzić

put the cart before the horse – robić coś na opak, w złej kolejności, zabierać się od złej strony

straight from the hourse’s mouth – z pierwszej ręki, z wiarygodnego źródła

Znacie jeszcze jakieś?