Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

Kindle vs. Kobo

W moim rocznym obcowaniu z czytnikami miałam dłużej do czynienia z Kobo Touch i Kindle Classic. Zacznę od końca czyli od tego, że oba są bardzo dobre i służą wiernie. Na podstawie porównania tych dwóch książkowyświetlaczy można zdecydować czy preferuje się:

  • dotykowy czy niedotykowy
  • Kindle czy Kobo
  • śliski czy matowy

Czytnik, jaki jest niech każdy zobaczy. Poniżej prezentuję Kindle (staż: 1,5 roku) i Kobo (staż: 7 miesięcy). Dodać należy, że mój Kindle służył mi wytrwale, a ja nie żałowałam mu przygód i trudów życia. Przeżył plażę (kilka ziarenek piasku dostało się do obudowy, ale w niczym to nie wadzi), noszenie w torbie bez futerału, za to w towarzystwie szczotki do włosów i długopisów (za setnym razem coś go drasnęło i jest mała skaza na ekranie, już się przyzwyczaiłam i nawet jej nie widzę, ale wolałabym, żeby jej tam nie było), rzucanie, potrząsanie, przygniatanie i inne czynności, których stosowanie wobec czytników odradzam.

Kobo był trzymany w domu, trochę w plecaku z książkami, a potem w futerale. Ma kilka drobnych zarysowań z przodu.

Estetyka

Kindle jest bardziej odporny na wszelkie przeciwności losu i łatwiej go wyczyścić. Ale: tylko z przodu :) Tył jest bardzo ładny, jakby chromowany, ale jeśli bardziej się zabrudzi to jest ciężej wyczyścić (vide: tył mojego Kindla z odbitym wzorkiem od niewiadomo czego, być może w walizce został w coś wgnieciony?).

Czarny Kobo ma z przodu matową powierzchnię, na której łatwo zostawić ślady, szczególnie tłustych paluszków, więc jedzenie orzeszków przy czytaniu odpada. Ta powierzchnia jest dość delikatna, więc jak ktoś jest zdolny to może czymś ją zadrapać. Z tyłu jest śliski, więc trudno go czymkolwiek poważniej zabrudzić.  Pewnym rozwiązaniem jest Kobo z białym przodem, na którym nie tak łatwo zostawić swój ślad.

Przechodząc do tego, co najważniejsze czyli czytania, ale nadal na gruncie estetyki powiedzmy kilka słów o czcionce.

W Kindlu nie można zmienić rodzaju czcionki, można zmienić tylko jej wielkość.

W Kobo jest do wyboru kilka czcionek, a podstawowa jest bardziej elegancka niż ta w Kindlu.

Spójrzmy:

Ekran

Kindle w tej wersji nie ma dotykowego ekranu, Kobo tak. Konsekwencje tego faktu są następujące:

W Kindle strony przerzucamy przyciskiem, usytuowanym z boku, co jest bardzo wygodne (można trzymać zarówno w lewej, jak i prawej ręce, bo przyciski są po obu stronach)

W Kobo dotykamy ekranu po prawej (następna strona) lub lewej stronie (poprzednia strona). W opcjach można nieznacznie zmienić proporcje i wtedy dałoby się sięgnąć do prawej części, używają tylko lewej ręki, ale jest to mniej wygodne.

Plusy dotykowego ekranu: nieco szybciej wybiera się książki, przy sprawdzaniu hasła w słowniku wystarczy dotknąć wybranego słowa (bez dotykowego ekranu trzeba strzałką znaleźć wyraz, co zajmuje więcej czasu.

Minusy dotykowego ekranu: przy czytaniu trzeba trzymać tylko za krawędź, choć zwykle i tak nie łapie się za ekranik to dla mnie to było momentami niewygodne, bo zdarzyło mi się przypadkiem zmienić stronę. Kindla „niedotykowego” zostawiałam czasem bez wyłączania (i tak bateria trzyma około miesiąca), z dotykowym ekranem lepiej tego unikać, bo wtedy łatwo przypadkiem przerzucić strony.

Wygoda czytania

Oprócz powodów podanych powyżej warto dodać, że w Kindlu można ustawić widok poziomy, Kobo zaś nie posiada takiej opcji. Przydaje się to szczególnie przy formacie pdf, kiedy przybliżamy stronę, ale nie chcemy mieć tekstu poszatkowanego pionowo.

Opcje dodatkowe

Oba czytniki są wyposażone w wi-fi, ale wystarczy to jedynie do sprawdzenia podstawowych rzeczy, poczty i fb (choć w dość skromnej i czarno-białej wersji). Internet działa wolno, więc nie ma mowy o buszowaniu w sieci.

Jeśli chcemy coś napisać to lepiej sprawdza się Kobo. Korzystamy wtedy z dotykowej klawiatury. W przypadku Kindle w wersji niedotykowej musimy radzić sobie strzałkami, co jest dość mozolne.

Która wersja bardziej Wam odpowiada?

 

Nowe nośniki słów

Czytanie bez książki? Przewracanie stron przyciskiem? Ekran zamiast papieru? W dodatku nie pachnie i nie szeleści tak jak powinno!

Taka była moje pierwsza reakcja na czytniki elektroniczne. Sceptycyzm jednak szybko stopniał, jak tylko do moich rąk trafił czytnik w całej swojej kindlowej postaci.

Obejrzałam podejrzliwie ze wszystkich stron, obwąchałam (a jednak, miałam rację, ani śladu zapachu! ), wyściskałam: ekran trochę jak papier, małe toto i poręczne, a w środku tysiące ksiąg w środku. Nie wyglądało zupełnie na narzędzie szatana, które sobie wyobrażałam.

Szybko przeszłam na ciemną stronę mocy, która okazała się (równie) jasną stroną mocy.

Dlaczego?

Plusy:

  • CZYTASZ, GDZIE CHCESZ

W tramwaju, w wannie, myjąc zęby, stojąc w kolejce (zapobiega eskalacji gniewu związanej z marnowaniem czasu), gimnastykując się (sprawdzone, działa), na plaży, spacerując. Szczególnie w podróży jest to świetne rozwiązanie: nie musisz dźwigać ton papieru, a masz pod ręką kilkadziesiąt pozycji. Podczas dłuższego pobytu za granicą masz stały dostęp do polskiej literatury, w tym tej najświeższej. Jasne, książkę też możecie czytać w wielu miejscach, ale zwykle jest to po prostu niewygodne i naraża papier na zabrudzenie, zniszczenie, wygniecenie etc. Poza tym czytając tradycyjną książkę jesteś narażony na pytania (co czytasz? a o czym to?), czytnik ludzie biorą za rodzaj tabletu, uznają, że to oczywiste, że w nim grzebiesz i dają ci spokój (smutny znak czasów).

  • LEKKI i NIEDUŻY

Mieści się w małej torebce, a czasem nawet w tylnej kieszeni spodni. Innymi słowy, można go mieć na podorędziu zawsze i wszędzie, kiedy jest potrzebny.

  • ESTETYKA

Czytnik zwykle jest ładny i w przypadku zabrudzenia łatwo go wyczyścić. W niektórych modelach można zmieniać czcionkę.

  • CZYTANIE w RÓŻNYCH POZYCJACH

Brzmi banalnie, ale to duży atut. Zwykle schylamy głowę do książki, co w przypadku niektórych moli książkowych wywołuje bóle karku i pleców. Czytnik jest lekki i wygodny, więc możesz ustawić go wprost przed twarzą (można także zmienić rozmiar czcionki), układając się w wygodnej pozycji. Wspominałam już o czytaniu podczas ćwiczeń czy spaceru, naprawdę da się i jest to wygodne, bo wystarczy trzymać czytnik jedną ręką. Nawet jeśli się wyślizgnie (choć mała na to szansa) to raczej mu się nic nie stanie, najwyżej nabawi się jakiejś ryski.

  • SZEROKI i SZYBKI DOSTĘP DO LITERATURY

To chyba najważniejsze. W kilka sekund można mieć na swoim czytniku (prawie)              wszystko, czego się zapragnie, w dodatku w różnych wersjach językowych. Pamiętam jak brakowało mi kiedyś książek obcojęzycznych i czytałam byle co, jeśli tylko było po             angielsku. Książki można ściągać z Internetu za darmo, kupować lub „pożyczać” od                znajomych. W ostatecznym rozrachunku i tak oszczędzasz (pieniądze, które wydałabyś na papierowe książki i czas, który jest konieczny, żeby pójść do biblioteki czy księgarni).

  • SŁOWNIK

Możesz wgrać słownik (a zwykle jest już wgrany) i kiedy czytając trafisz na nieznane                   słowo klikasz na nie i otrzymujesz definicję/tłumaczenie.

Minusy:

  • Bezzapachowe, nieszeleszczące, płaskie
  • Musisz wybierać książki w formacie, który Twój czytnik raczy przeczytać, np. format mobi dla czytnika Kindle i formet epub dla czytnika Kobo
  • Czytnik co prawda otwiera format PDF, ale pokazuje całą stronę, więc literki są naprawdę małe i czyta się źle, można zrobić zoom, ale trzeba chwilę pokombinować, żeby ustawić tak, żeby potem było wygodnie przerzucać strony. PDF możesz przekonwertować na mobi lub epub, ale zwykle efekt jest średni (nie czyta części znaków, rozbija tekst na mniejsze partie etc.) i znowu jakość czytania spada
  • Jeśli chcesz uczyć się do egzaminu i potrzebujesz często sięgać do spisu treści, indeksu czy innych części tekstu to musisz liczyć się z pewną niewygodą. Mnie zbytnio to męczy i w takich przypadkach wolę „żywą” książkę.

Plusy zdecydowanie przeważają. Oczywiście pod warunkiem, że nie rezygnuje się z tradycyjnych książek (bo niby dlaczego?). Czytanie na czytniku elektronicznym to coś zupełnie innego niż czytanie z komputera czy z tabletu (nie świeci, nie męczy oczu), ale nie jest to też to samo, co papierowa książka. To po prostu coś innego, do stosowania wymiennie ze swoim papierowym poprzednikiem.

W moim przypadku czytnik zdecydowanie spełnił swoją rolę – wyraźnie podniósł liczbę czytanych przeze mnie książek i dostarczył mi tym samym naprawdę wiele przyjemności. Z czystym sumieniem mogę więc polecić czytnik elektroniczny zarówno książkowym molom, jak i osobom, które z różnych powodów czytają mało i chciałyby się przekonać do przyjemności czytania.

Przekonanych do czytników, ale niezdecydowanych, który model mają wybrać zachęcam do zajrzenia tu jutro, żeby zobaczyć jak wypada Kindle w porównaniu z Kobo.

Cztery literackie pomysły na białe noce

Jeśli w przedświątecznym bałaganie potrzebujecie kilku chwil literackiego wytchnienia wybierzcie coś z mocnej czwórki. Każdą z tych pozycji mogę z czystym sumieniem polecić. Czytacie na Kindlu? Napiszcie do mnie, prześlę Wam książkę w formacie mobi.

1. CHMURDALIA

Autorka: Joanna Bator

Wydawnictwo: W.A.B., 2010

Gdzieś tam za siedmioma górami i siedmioma rzekami leży Chmurdalia. Wytwór dziewczęcej wyobraźni, którego widmo wlecze się za Dominiką od rodzinnego Wałbrzycha przez Niemcy, aż do Stanów Zjednoczonych. Matematyczny umysł Dominiki roztrzaskany na kawałki w wypadku samochodowym próbuje na nowo, a może od początku poukładać świat i własną tożsamość. Nie umiejąc stworzyć opowieści o sobie dziewczyna łaknie historii ludzi, których napotyka na swojej drodze. Z małych kawałeczków innych ludzi i odgrzebywanych wspomnień mozolnie buduje siebie. Książka Joanny Bator to rodzaj słodko-gorzkiej bajki dla dużych dzieci, ale naiwnej i nieprzewidywalnej tylko w tym samym stopniu, co samo życie.

 Ocena: urzekające

 2. TROCINY

Autor: Krzysztof Varga

Wydawnictwo: Czarne, 2012

Polskość wyśmiana, obrzydzona, zniekształcona. Wsiadamy do pociągu z rozgoryczonym facetem po 50. i wraz z nim utyskujemy na koleje i ich pasażerów, płaski krajobraz i pola ziemniaków, współpracowników i ich żałosne próby robienia kariery, rodziców i ich miastowe prostactwo, wreszcie siebie samego, być może najbardziej żałosnego ze wszystkich. Kraj między Odrą a Bugiem to świat brzydoty, nikczemności, braku możliwości, aż wreszcie głupich, małostkowych i pustych ludzi, których marzeniem jest działka pod Warszawą, pozmywane naczynia i drogie kozaki.

Wszystko to tak beznadziejne, że aż śmieszne, ale między chichotem a rżeniem warto pamiętać, że wizja Vargi to nie zawsze krzywe zwierciadło, ale momentami także soczewka skupiona na tym, co realne i bliskie.

Ocena: śmieszne, aż do gorzkich łez

3.  W OTCHŁANI MROKU

Autor: Marek Krajewski

Wydawnictwo: Znak, 2013

Umiejętnie skonstruowany kryminał. Wciągający, pełny suspensów, wstrząsający. Akcja rozgrywa się w wyczerpanym wojną Wrocławiu. Detektyw Popielski otrzymuje zlecenie wytropienia agenta UB, który szpieguje uczniów i profesorów tajnego gimnazjum. W czasie śledztwa miastem wstrząsają okrutne zbrodnie żołnierzy Armii Czerwonej, którzy polują na młode dziewczęta. Na pracę Popielskiego coraz większy wpływ zaczyna wywierać spór filozoficzny między profesorami gimnazjum, którzy kłócą się o prawdziwość teorii, według której dzieje ludzkości ewoluują ku dobru, a żadne zło nie ma już znaczenia. Wzlotów intelektualnych jednak nie będzie, a emocje da się utrzymać na wodzy. W skrócie: kawałek ciekawej i dobrej warsztatowo literatury.

 Ocena: takie, jak być powinno

 4. WŁOSKIE SZPILKI

Autorka: Magdalena Tulli

 Wydawnictwo: Nisza, 2011

Mała dziewczynka w splątanej rzeczywistości powojennej Polski. Szkoła, dorośli i inne dzieci to przeszkody niemal nie do pokonania. Wszelkie próby bycia normalną spełzając na niczym, więc pozostaje tylko mozolne i pokorne trwanie. Tata jest z Mediolanu, więc zna smak innego świata, mama ciągle przeżywa koszmar obozu, a niekochani nie umieją kochać. Czy aby na pewno? Nieprzetrawione dzieciństwo i piętno przeszłości, której się nigdy nie zrozumie potrafią wzbudzić czułość tak silną, że pozwalającą wrócić do siebie samej.

 Ocena: wzruszające

Jest rok 1982. Chłopcy dyskutują o muzyce, dziewczynki paplają o ciuchach

Francuski to taki włoski tylko z większą ilością liter i charczącym „r”. Wychodząc z tego błędnego założenia postanowiłam przyswoić sobie podstawy języka ludzi, którym przypisuje się elegancję, wyniosłość i zwyczaj jedzenia żabich udek.

Kilka książek wyciągnęłam spod szafy, kilka wyżebrałam od znajomych. Z zebranego stosiku najbardziej przypadł mi do gustu podręcznik szkolny do nauki francuskiego „Chez les Francais” wydany pod auspicjami Wydawnictwa Szkolnego i Pedagogicznego w roku 1993 (pierwsze wydanie w 1982 roku), autorstwa Aleksandra Mileckiego.

 W swojej prostocie, zarówno merytorycznej jak i graficznej, sprawdza się doskonale w roli mojego samouczka. Ale ani o francuskim nie będzie tu mowy, ani o uczeniu się języków obcych.

 Nie zdążyłam bowiem zgłębić nawet wiedzy dotyczącej rodzajników, kiedy z podręcznik wylazł anty-gender, a właściwie po prostu gender.

Bohaterowie, którzy prowadzą mnie przez meandry nauki języka francuskiego to członkowie dwóch rodzin, polskiej i francuskiej, o  ściśle określonych rolach.

Spójrzmy zatem na przykłady tego, jak w latach 80. (książka trafiła do szkół w 1982 roku) wyobrażenie o rolach płciowych było przedstawiane w podręcznikach. Nie sądzę bowiem, żeby znaleziona przeze mnie książka do francuskiego była szczególnym wyjątkiem.

 Zacznijmy od tego jak wygląda rodzina.

Mamy oczywiście mamę i tatę (kobietę i mężczyznę, rzecz jasna). Tata, zarówno polski, jak i francuski, ma samochód.

 Czym zajmuje się żona? (W czasie, gdy panowie zajęci są oglądaniem telewizji)

Czym zajmuje się mąż?

W obu rodzinach mężowie pracują zawodowo, a żony to gospodynie domowe.

Rozrywki dzieci dzielą się na rozrywki dziewczęce i rozrywki chłopięce. Ona bawi się lalkami i gotuje im obiad, on ogląda film policyjny. Mama w tym czasie robi na drutach, tata myje samochód.

Przysposobienie do obowiązków domowych również odbywa się zgodnie z naturalnymi, płciowymi podziałami. Chłopiec dźwiga zakupy, dziewczynka zaś pomaga mamie gotować.

Młodzieżowe spotkania towarzyskie odbywają się w gronie jednopłciowym. Chłopcy dyskutują o muzyce , dziewczęta zaś o sukienkach.


Nadchodzą święta. Zgadnijcie jakie prezenty wybrali bohaterowie mojej książki? Dziewczynka oczywiście wózek i lalkę, a chłopiec książki.

Święta, święta i po świętach. A podczas przerwy szkole chłopcy grają w piłkę nożną, a dziewczynki śpiewają.

Czas zacząć myśleć o wakacjach. Dziewczynka marzy o słońcu, opalaniu się i lepieniu babek z piasku. Chłopiec o wędkowaniu, żaglówkach i autostopowej przygodzie.

Zapewniam Was, że nie wybrałam specjalnie pasujących do mojej teorii fragmentów i przykłady widoczne powyżej są reprezentatywne.

Społeczny ład znajduje odbicie w książkach i innych treściach kultury, książki oddziałują na ład społeczny i współkształtują go. Na ile ta zależność jest silna? Czy myślicie, że gdyby w podręcznikach, a więc programach szkolnych, uparcie lansowano jakiś model, powiedzmy pary homoseksualne, to znalazłoby to wyraźne odbicie w społecznej praktyce?

Czy uważacie, że w podręcznikach powinno się odwzorowywać istniejące zachowania i modele społeczne czy przedstawiać te, które uważa się obecnie za pożądane?

Przy okazji zerknę w księgarni na najnowsze podręczniki i zobaczę czy bohaterowie i ich zajęcia jakoś się zmienili przez ostatnie lata.

 

Dlaczego w „Bękartach wojny” zabijają za trzy kufle piwa czyli moc szyboletu

Pamiętacie scenę gry w niemieckiej tawernie z filmu „Bękarty wojny”? Brytyjski szpieg, mówiący biegle po niemiecku z lekkim obcym akcentem, zamawia trzy piwa. I właśnie te trzy piwa, a konkretnie trzy palce służące do zamówienia ich, doprowadzają do tragicznej w skutkach strzelaniny.

Wyglądało to następująco:

Jedyna postać, która ocalała z masakry w piwnicy, niemiecka aktorka Bridget, wyjaśniała to w ten oto sposób:

A co do tego wszystkiego ma szybolet? Otóż brytyjski szpieg nie znał niemieckiego szyboletu, którym w tym wypadku był gest, w jaki Niemcy pokazują trójkę. Zamawiając trzy piwa wyciągnął trzy środkowe palce w geście typowym dla Brytyjczyków, a powinien był wyciągnąć kciuk, palec wskazując i palec środkowy, aby zrobić to na modłę niemiecką. Doprowadziło to do natychmiastowego rozpoznania, ponieważ każda osoba wychowana w niemieckiej kulturze w sposób nieświadomy użyła by tego znaku zgodnie z przyjętą w tym środowisku normą.

Szyboletem może być zatem gest, dźwięk lub zwyczaj typowy dla danej grupy, a nieznany obcym lub trudny dla nich do powtórzenia. Pełni funkcję swego rodzaju znaku rozpoznawczego, pomagając zidentyfikować lub zdemaskować wroga, obcego, cudzoziemca.

Źródłosłów tego wyrazu pochodzi od hebrajskiego shibbólet (kłos, strumień). Jak zapisano w Starym Testamencie, słowa tego używano by odróżnić Gileadczyków od Efraimitów, którzy nie wymawiali fonemu /?/ . Celem tego rozróżnienia nie było bynajmniej nacieszenie wrażliwości lingwistycznej ? podczas starcia między wspomnianymi plemionami Efraimici próbowali uciekać przekraczając rzekę Jordan, gdzie poddawani byli testowi, polegającemu na wypowiedzeniu słowa shibbólet; rozpoznanych w ten sposób wrogów czekała natychmiastowa śmierć.

Szybolet okazał się narzędziem na tyle skutecznym, że z powodzeniem stosowano go w wielu językach i przy wielu okazjach, w szczególności podczas wojen i konfliktów.

Soczewica, koło, miele, młyn – łatwe do wypowiedzenia? Nie dla Niemców. Podczas buntu wójta Alberta w 1312 roku w Krakowie napotkanych na ulicy mieszczan zmuszano do wypowiedzenia tych słów, aby rozpoznać i schwytać Niemców.

Podczas wojny domowej w Rosji ukraińskie oddziały Nestora Machno mogły rozpoznać rosyjskich bolszewików wysłanych na Ukrainę, aby konfiskować żywność po wymowie słowa paljanytsja (święty chleb). Wyraz ten Rosjanie wymawiali z łatwym do rozpoznania miękkim n i twardy ts.

Niemieccy szpiedzy przebrani za żołnierzy amerykańskich podczas operacji w Ardenach (1944-45) często byli rozpoznawani ze względu na niedostateczną znajomość różnic między brytyjskim a amerykańskim angielskim. Mogło zdradzić ich użycia słowa lorry (zamiast truck) czy petrol (zamiast gasoline).

Ostatnie znane użycie szyboletu miało miejsce podczas ataku terrorystycznego w centrum handlowym w Nairobi w 2013 roku. Islamscy terroryści, aby odróżnić muzułmanów od wyznawców innych religii pytali o imię matki Mahometa (Aminah bint Wahb’s) oraz o muzułmańskie wyznanie wiary („Nie ma boga prócz Allaha, a Mahomet jest jego Prorokiem” ).

To tylko kilka przykładów z bogatej historii użycia szyboletów.

Wniosek stąd można by wysnuć taki, że warto się uczyć języków i kultur albo że dzielenie ludzi na swoich i obcych więcej przynosi zła niż pożytku. Jednak powstrzymując się od płytkich konkluzji powiem tylko, że zapowiada się, że tropienie szyboletów stanie się moim nowym hobby.