Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Słowami o dźwiękach: Ryczące lata dwudzieste – krajobraz dźwiękowy Nowego Jorku

Od dawna fascynowały mnie opisy zapachów, smaków, kolorów i dźwięków. Z zainteresowaniem śledzę wszelkie projekty z tym związane. Zapraszam do lektury krótkiego artykułu o historycznej mapie dźwiękowej Nowego Yorku, oryginalnie opublikowanego w serwisie Historia i Media (bezpośredni link do artykułu):

Ryczące lata dwudzieste – krajobraz dźwiękowy Nowego Jorku

Ryczące? Raczej szalone lata dwudzieste, poprawiacie mnie pewnie w myślach. W ten sposób przecież przyjęło się tłumaczyć termin Roaring Twenties. Jednak jak udowadnia historyczka Emily Thomson, modernizm trafniej określa właśnie pojęcie roar – huk, rytm, grzmot, wrzawa. Na stworzonej przez nią wirtualnej mapie Nowego Yorku odnajdziemy miejsca, w których hałas nigdy nie milknie.

Czas, przestrzeń, dźwięk. Osie, według których możemy eksplorować Nowy York lat 1900-1933, prowadzą nas przez ruchliwe głośne ulice miasta, pełne zgiełku place i małe senne uliczki, gdzie czasem ktoś zagwiżdże smutną melodię – to projekt „The Roaring Twenties”.

szalone_lata_dwudzieste (1)

Poruszając się wzdłuż linii czasu obserwujemy jak narastały i zmieniały się dźwięki, możemy sprawdzić, czy na początku XX wieku więcej hałasu na ulicach generowała stacja benzynowa czy wciąż wykorzystywane powszechnie w transporcie konie. Decydując się na błądzenie po wirtualnej mapie możemy zajrzeć do tych miejsc w mieście, które z jakichś powodów są nam bliskie i sprawdzić, jakie odgłosy słyszeli ludzie mieszkający tam sto lat temu: czy budziło ich bicie kościelnych dzwonów czy krzątanina w piekarni na rogu, czy mogły denerwować klaksony pierwszych samochodów albo nawoływania sprzedawców gazet. System pozwala rozbić uliczny zgiełk na poszczególne nuty i wyłapać głosy gazeciarzy, klekot maszyn tkackich czy szczekanie psów.

Projekt „The Roaring Twenties” od strony historycznej i źródłowej przygotowany został przez Emily Thomson, współpracującą ze Scottem Mahoy, odpowiedzialnym za jego stronę techniczną i oprawę wizualną. Nie jest to prosta prezentacja, ale merytorycznie przygotowana publikacja historyczna. Każdy dostępny na mapie historyczny dźwięk jest udokumentowany i opisany. Większość umieszczonych tam opisów odgłosów pochodzi ze skarg mieszkańców miasta, którzy utyskiwali na różnego rodzaju miejskie hałasy – sąsiad grający na organach na Park Avenue, uciążliwe koguty czy hałaśliwy sprzedawca lodów na ulicy. Możemy zapoznać się ze skanem dokumentu, jego źródłem, umiejscowieniem dźwięku, a niekiedy także z materiałem video. Ponadto mamy do dyspozycji fragment pracy naukowej na ten temat oraz bibliografię.

Profesjonalnie przygotowana baza danych o dźwiękowym środowisku Nowego Jorku z początku XX wieku może być atrakcyjna nie tylko dla historyków. Warunkiem jest tu odpowiednia forma i otwarty model prezentacji efektu projektu badawczego. Mapę „The Roaring Twenties” uzupełniać może każdy.

Autorka projektu Emily Thomson, amerykańska historyczka z uniwersytetu w Princetown, zajmuje się w swoich badaniach historią dźwiękową i krajobrazami dźwiękowymi przeszłości. Jest autorką jednej z najważniejszych książek w tej dziedzinie -„The Soundscape of Modernity: Architectural Acoustics and the Culture of Listening in America, 1900-1933„. Materiały zebrane w trakcie przygotowania tej pracy posłużyły jako podstawa opisanego tu projektu, którego przygotowanie zajęło trzy lata. „The Roaring Twenties” zostało opublikowane w ramach multimedialnego magazynu „Vectors”.

 

Zbliża się okres, kiedy ziemia pokrywa się grudami – o etymologii nazw miesięcy w języku polskim

Spadł pierwszy śnieg. Już niedługo mrozy zamienią ziemię w stwardniałą skorupę pokrytą grudami lodu. Od „grud” właśnie, czyli nierównej zamarzniętej powierzchni – wywodzi się nazwa zbliżającego się miesiąca, który w przeszłości nazywany był także: prosień, jadwent, gódnik.

W języku polskim nazwy miesięcy wykształciły się około XV wieku, a ich korzenie sięgają czasów prasłowiańskich. Odmierzanie czasu w społeczeństwach rolniczych było ściśle związane z rytmami natury i uprawą ziemi. Stąd podział roku i nazwy jego poszczególnych części pochodzą bezpośrednio od zjawisk przyrody lub związanych z nią prac rolniczych, w przeciwieństwie do kalendarza łacińskiego, w którym nazwy miesięcy wywodzą się od kolejnych numerów, imion cesarzy lub imion bogów (niekiedy z przyrodą bezpośrednio związanych).

Na ziemiach polskich w oficjalnych pismach używano łacińskich nazw miesięcy aż do II połowy XIX wieku, kiedy to wyparły je nazwy ludowe.

Grudzień to zatem miesiąc grud i zamarzniętej ziemi.

Listopad w oczywisty sposób kojarzy się z opadaniem liści.

Październik to miesiąc prac przy obróbce lnu i konopi, których skórki (paździerze) odpadają od łodygi, kiedy się je ugniata.

Wrzesień to okres kwitnienia wrzosów. Nazywano go także jesiennikiem i pajęcznikiem (od nitek babiego lata).

W sierpniu w ruch szły sierpy ścinające zboże, a że chłopi wykonywali tę prace na stojąco miesiąc ten zwano także stojaczek.

Lipy kwitną w lipcu, zwanym też lipniem.

Czerwiec to okres, w którym legną się larwy owadów (czerwie), znane z posiadania czerwonego barwnika, którego używano do farbowania tkanin.

Nazwa maja nie jest rodzima. Pochodzi od łacińskiej nazwy miesiąca, odnoszącej się do bogini natury Mai. Od słowa tego powstał także czasownik maić – przyozdabiać coś kwiatami i gałązkami.

W kwietniu roślinność zaczyna kwitnąć i przebijać się przez ziemię, stąd też dawne nazwy: dębień, łżykwiat, łudzikwiat.

Marzec, podobnie jak maj, wywodzi się od nazwy łacińskiej. Miesiąc poświęcony bogu wojny Marsowi, kończący zimę i rozpoczynający wiosnę, nadawał się idealnie na rozpoczęcie wojennej wyprawy. Forma marzec przeniknęła do języka polskiego za pośrednictwem staroczeskiej formy mařec.

Luty to w staropolszczyźnie srogi, ostry, przykry, dziki, zimny, piekący. Oby zima w tym roku nie była luta. Wspomnijmy więc o innej, przyjemniejszej nazwie tego miesiąca –mięsopustnik – związanej z końcem karnawału, kiedy to urządzano huczne zabawy, zwane zapustami, ostatkami albo właśnie mięsopustami.

Styczeń to miesiąc, który łączy (czyli styka) początek i koniec. Inny trop etymologiczny sugeruje, że nazwa wywodzi się od wykonywanej wówczas pracy wycinania drewna na tyczki (inna nazwa tego miesiąca: tyczeń).

Grudzień już za pasem, więc życzę, żeby listopad wspominać nie tak jak Tuwim ( jeden z dotkliwszych wrzodów na dwunastnicy roku), ale tak jak Grochowiak:

I drżymy. Dygot –
Wiatru łopot,
Łoskot kanonad,
Chlupot łopat –
Wszystko w czeluściach tej ogromnej trąby,
Którą rozdyma krzyczący listopad.

(Stanisław Grochowiak, Listopad)

Dla niej, dla niego

Słupek rtęci smętnie opadałby w dół, gdyby ktoś jeszcze posługiwał się termometrem z płynnym srebrem. Wirtualne płatki śniegu zaczynają sypać się na witryny stron internetowych. Świąteczna gorączka, a wraz z nią kupowanie prezentów, zbliża się nieubłaganie.

Wchodzę na Allegro. Pikselowy reniferek sugeruje, że powinnam zajrzeć do działu „Inspiracje”. Tak też czynię. Czas na pierwszy wybór – dla niej, dla niego, dla dziecka. Krzywię się już na widok samych kategorii, ale postanawiam brnąć dalej.

Zobaczmy, co według specjalistów od marketingu spodobałoby się paniom, a co panom.

Wymarzony prezent dla kobiet to:

  • kosmetyki do ciała (albo i przeciw ciału sugerując się powtarzającemu się „anty”)
  • kosmetyki do makijażu (z wielką przewagą pudrów wszelkiej maści)
  • biżuteria
  • torebki, dużo torebek
  • piżama (chyba albo na lato, albo wybrakowana, bo można by sobie przeziębić nerki, gardło i jeszcze kilka innych części ciała)
  • przyrządy kuchenne (od najprostszych aż do elektrycznego grilla)
  • zegarki (do wyboru różowe i z cekinami)
  • aparat fotograficzny? (a nie przepraszam, to reklama, która dodaje się automatycznie do każdej strony) kobiety a sztuka zdejmowania wizerunków

 

Wymarzony prezent dla mężczyzny to:

  • nóż, nożyk, scyzoryk
  • pasek do spodni
  • telewizor, telefon, radio (w wersji tzw. „wypasionej”)
  • książki: reportaże wyd. Czarne (np. „Dzienniki kołymskie”), podróżnicze, o muzyce, o animacji
  • gra komputerowa (np. Tomb Raider) + akcesoria
  • maskotka Alien, figurka Batmana i mistrza Jody
  • gry i zabawki logiczne
  • projektor do filmów
  • gitara
  • piłka
  • kamizelka treningowa
  • lornetka
  • fartuszek do kuchni (z trupią czachą i napisem: „UWAGA, facet w kuchni”)
  • torby i apaszki
  • gadżety, np. mapa zdrapka dla podróżników, katapulta da Vinci

 

Jedna wspólna rzecz: notes z białymi kartkami w złoto-brązowej oprawie.

Jeśli osoba obdarowywana przez Ciebie posiada chromosomy XX to należy zasugerować jej, że: ma ładnie wyglądać, obwiesić się świecidełkami, zapudrować się, wymalować się, być sexy, mieć młode ciało bez cellulitu i zmarszczek, dobrze i pomysłowo gotować, używać notesu i zegarka (np. w połączeniu z elektrycznym grillem).

Jeśli osoba obdarowywana przez Ciebie posiada chromosomy XY to należy zasugerować jej, że: powinna czytać dużo i na różne tematy, rozwijać swoją wiedzę o świecie, ćwiczyć umysł, gotować tylko wyjątkowo i dla zabawy, być elegancka i modna, uprawiać sport, uzbroić się w atrybuty siły i władzy (od noża po pilot od telewizora), grać w gry komputerowe i oglądać filmy, podróżować, pozwalać sobie na bycie „dużym dzieckiem”, używać wyobraźni i kreatywności.

Nie zajrzałam już do sekcji „Dla dzieci”. Pewnie musiałabym potem wybrać czy to dziecko płci męskiej czy żeńskiej i zacząć całą zabawę od nowa. Ominę tę część anegdotką.

Siostra Davide dostała w wieku lat kilku wózek dla lalek (on sam, jak się domyślacie, był dumnym posiadaczem innego rodzaju pojazdów). Po rozpakowaniu rodzina oczekiwała, że mała kobietka zajmie się opieką nad lalą. Dziecko jednak stanęło przed wózkiem i podniosło rączki do góry, oczekując, że zostanie posadzone w nowej spacerowej karocy. Dość duże było jego zdziwienie na wieść, że teraz ono, a właściwie już ona, przejmie funkcję mamy i przyuczać się będzie do nowej roli, już gdzieś tam w przyszłości na nią niechybnie czekającej.

Trzy zdania, których nie będziesz potrzebował na Islandii

W Polsce dziś podobno szaro, smutno i zima, więc chciałabym podzielić się z Wami  anegdotką podróżniczo-książkową z kraju o białej spektakularnie pięknej zimie:

Turyści przyjeżdżający do Islandii w latach 90. mogli skorzystać z przewodnika turystycznego, który oprócz standardowych informacji i użytecznych zwrotów zawierał także trzy nieużyteczne zwroty:

1. Gdzie jest dworzec kolejowy?

2. Ładny dziś dzień.

3. Czy jest coś tańszego?

Dla jasności:

1. W Islandii nie ma kolei. Kiedyś Islandczycy wpadli na pomysł wybudowania infrastruktury kolejowej, ale skończyło się na 30 metrach torów.

2. W ciągu roku jest tylko kilka pogodnych słonecznych dni.

3. W owym okresie ceny były bardzo wysokie.

Anegdotka zaczerpnięta  z książki Ha-Joon Changa „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” zaostrzyła mój apetyt na islandzki klimat, więc dorzucę jeszcze kilka ciekawostek o wyspie lodu i gorących źródeł:

– Ze względu na izolację wyspy język islandzki przez stulecia nie uległ prawie żadnym znaczącym zmianom, jest najbardziej zbliżony do języka staronordyckiego, brzmieniem nie różniąc się prawie od języka sprzed tysiąca lat.  Nie bez kozery nazywa się go nordycką łaciną. W praktyce oznacza to, że Islandczycy bez problemu mogą czytać średniowieczne sagi i uczyć się na nich sztuki pisarskiej.

Nic tez nie zapowiada, że wraz z globalizacją język ulegnie zmianom, ponieważ nad jego „czystością” czuwa specjalna rządowa komisja. Każde nowe słowo  obcego pochodzenia jest zastępowane neologizmem. Przyjrzyjmy się kilku przykładom, dającym jednocześnie pewne wyobrażenie o islandzkiej kulturze:

elektryczność = rafmagn = moc bursztynu

helikopter = thyrla = wirować bardzo szybko

pornografia = klam = wstyd, hańba

kino = kvikmyndahús = dom szybkich obrazów

filozofia = heimspeki = mądrość świata

dzwonek telefonu = friđthjófur = złodziej spokoju

komputer = tölva = liczba+wieszczka

– Na Islandii stosuje się nazwiska patronimiczne:             http://katarzynanowak.studiomoff.pl/jakie-malzenstwo-takie-nazwisko/

– Islandia ma niewielką populację żyjącą na małym zamkniętym obszarze geograficznym przez co wielu ludzi jest ze sobą spokrewnionych. Dla uniknięcia potencjalnych problemów stworzono aplikację na telefony komórkowe, dzięki której można sprawdzić czy dana osoba nie jest przypadkiem naszym krewnym.

– Liczba artystów, szczególnie pisarzy i muzyków, jest bardzo wysoka w stosunku do liczby mieszkańców.

– Właśnie wśród tych śnieżnych przestrzeni kręcono część scen do „Gry o Tron”.

Winter is coming.

 

Pozdrowienia dla zakochanej w Islandii Natalii Skoczylas.

 

 

 

Piułsucki, Piłsutski, Pisucki? O wymowie i pochodzeniu nazwiska Piłsudski słów kilka

Nazwisko marszałka Piłsudskiego odmieniane jest w tych dniach przez wszystkie przypadki. Na co dzień z jego wymową mierzą się też mieszkańcy większych polskich miast, gdzie nazwano nim ulice, szkoły, place.

Nie wydaje się Wam jednak, że brzmi nieco dziwnie, wręcz obco? A jak właściwie je wymówić?

Nazwisko Piłsudski pochodzi od nazwy miejscowości Piłsudy  (litewskie Pilsotas, Żmudź).

Prawdopodobnie pierwszą utworzoną formą było Piłsudskij, które następnie przekształciło się w Piłsudski za sprawą zamiany końcówki wschodniosłowiańskiej w przyrostek polski pochodzenie szlacheckiego (-ski). Nie zastosowano jednak do końca reguł polskiej ortografii, według której powinno ono raczej brzmieć Piłsudzki, analogicznie do gród – grodzki, Kronsztad – kronsztadzki, Szwedz – szwedzki (rzeczowniki z tematem zakończonym na -d).

Nie zdecydowano się również na uproszczenie ze względów fonetycznych, które doprowadziłoby do powstania formy Piłsucki. W wielu przepadkach  stało się tak z rzeczownikami o końcówce -ski, kiedy było to usprawiedliwione zbiegiem trzech lub więcej spółgłosek w wyniku połączenia rdzenia i przyrostka, np. francuzski –> francuski, mężski –> męski.

Wiemy zatem, że nazwisko Piłsudskie wywodzi się z Litwy, poddane zostało procesom słowotwórczym typowym dla języków wschodniosłowiańskich i mogłoby brzmieć inaczej. Skoro jednak przyjęło się i zostało w takiej formie to jak je wymawiać?

Poprawna wymowa to [piłsutski] lub [piłsucski] – z wyraźnym ł, t i s.

Wymowa [piusucki], [piułsucki], [pisucki] jest błędna.

Błędy w wymowie to jednak tylko jeden problem, bowiem często zdarza się, że nazwisko to zostaje zapisane jako Piłusudski, Piułsudski, Piułsucki,  Piłusucki, Piłsudzki czy Piłsucki.

 

 

Dobry (literacki) początek – sentymentalny przegląd pierwszych słów

Zdarzyło się Wam zamknąć książkę po przeczytaniu pierwszego zdania? Wierzycie w urok dobrego początku? Po przejrzeniu pierwszych linijek kilkunastu książek uchodzących za klasyczne dla polskiej literatury muszę przyznać, że zawiera się w nich naprawdę wiele z esencji całości dzieła.

Zacznijmy od początku. Początku „Ferdydurki” Witolda Gombrowicza, która dobrze oddaje nastrój nie tylko niedzielnego poranka:

We wtorek zbudziłem się o tej porze bezdusznej i nikłej, kiedy właściwie noc się już skończyła, a świt nie zdążył jeszcze zacząć się na dobre. Zbudzony nagle, chciałem pędzić taksówką na dworzec, zdawało mi się bowiem, że wyjeżdżam – dopiero w następnej minucie z biedą rozeznałem, że pociąg dla mnie na dworcu nie stoi, nie wybiła żadna godzina. Leżałem w mętnym świetle, a ciało moje bało się nieznośnie, uciskając strachem mego ducha, duch uciskał ciało i każda najdrobniejsza fibra kurczyła się w oczekiwaniu, że nic się nie stanie, nic się nie odmieni, nic nigdy nie nastąpi i cokolwiek by się przedsięwzięło, nie pocznie się nic i nic”

Teraz coś bardziej optymistycznego, w dodatku pachnącego mistyką i cynamonem (Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe):

W lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką i starszym bratem na pastwę białych od żaru i oszałamiających dni letnich. Wertowaliśmy, odurzeni światłem, w tej wielkiej księdze wakacji, której wszystkie karty pałały od blasku i miały na dnie słodki do omdlenia miąższ złotych gruszek”

Wróćmy na chwilkę do domu (Władysław Reymont, Ziemia obiecana):

Łódź się budziła.

Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły się zrywać coraz zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami niby chór potwornych kogutów, piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy”

Rozbieg w podobnym stylu (Stefan Żeromski, Popioły):

Ogary poszły w las.

Echo ich grania słabło coraz bardziej, aż wreszcie utonęło w milczeniu leśnym”

Na koniec coś nieco dłuższego, ale o uroku tak magnetycznym, że nie da się się przerwać po pierwszym zdaniu (Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem):

Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia.

Współcześni kronikarze wspominają, iż z wiosny szarańcza w niesłychanej ilości wyroiła się z Dzikich Pól i zniszczyła zasiewy i trawy, co było przepowiednią napadów tatarskich. Latem zdarzyło się wielkie zaćmienie słońca, a wkrótce potem kometa pojawiła się na niebie. W Warszawie widywano też nad miastem mogiłę i krzyż ognisty w obłokach; odprawiano więc posty i dawano jałmużny, gdyż niektórzy twierdzili, że zaraza spadnie na kraj i wygubi rodzaj ludzki. Zima. Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. W południowych województwach lody nie popętały wcale wód, które podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem wystąpiły z łożysk i pozalewały brzegi”

Macie swoje ulubione książkowe początki?