Miesięczne archiwum: Październik 2013

Wielkie tytuły w wielkim skrócie

piktogramy-alicja-w-kraince

Znacie pewnie serie video przedstawiającą słynne filmy w 1 minutę. Tym razem skrót dotyczy książek i  streszcza wypchane literami stronice w kilku obrazkach. Przyjrzycie się trzem przykładom poniżej i spróbujcie zgadnąć fabułę jakich książek przedstawiają. Odpowiedzi poniżej.

piktogramy-alicja-w-kraince

 

1. William Szekspir, Romeo i Julia.

2. Lewis Caroll, Alicja w Kranie Czarów.

3. Franz Kafka, Przemiana.

 

Źródło:  Life in Five Seconds: Over 200 Stories for Those With No Time to Waste.

 

Zobaczyć Neapol i umrzeć

Zobaczyć Neapol i umrzeć.

Hasło chwytliwe, jednak będę się starała ze wszystkich sił, żeby spełniła się tylko jego pierwsza część. A spełniać się zacznie powoli, w rytmie kół pociągu odjeżdżającego o 21.10 ze stacji centralnej w Palermo.

Z samego rana, właściwie w środku sycylijskiej nocy, czyli o 7.23 zobaczę Nowe Miasto.

Zobaczę

włoskie Napoli

neapolitańskie Napule

łacińskie Neapolis

greckie he nea polis

polski Neapol.

Zwiedzanie zamierzam rozpocząć od pizza napoletana (wypieczonej po raz pierwszy w 1889 roku dla królowej Margherity przez Raffaele Esposito). Następnie przespacerować się starówką, wybierając jedynie uliczki duże i jasne, zajrzeć do Castel Nuovo i, jeśli czas pozwoli, odwiedzić muzeum archeologiczne.

Punktem na mojej liście, który najbardziej rozpala moją wyobraźnię są Pompeje. Ludzie zastygnięci w pozach sprzed niemal dwóch tysięcy lat, miasto przez trzy dni zasypywane lawą i pyłem, setki lat pracy archeologów. Wyobrażenie ostatnich chwil Pompei robi wrażenie:

 

 

Jakie małżeństwo, takie nazwisko


Zastanawiało Was kiedyś dlaczego Hiszpanie mają tyle nazwisk? Albo czy wszędzie kobieta wychodząc za mąż przybiera nazwisko męża?

Kobieta i mężczyzna decydują się na ślub, rodzi się dziecko. I co teraz z nazwiskami?

Zróbmy krótki wybiórczy przegląd według krajów:

Polska: kobieta i dzieci przyjmują nazwisko męża/ojca

Włochy: kobieta nie zmienia nazwiska, dzieci przyjmują nazwisko ojca

Hiszpania: małżonkowie nie zmieniają nazwisk, dzieci dziedziczą pierwsze nazwisko po ojcu, a drugie po matce (czyli pierwsze z dwóch nazwisk ojca i pierwsze z dwóch nazwisk matki)

Brazylia i Portugalia: małżonkowie nie zmieniają nazwiska, dzieci dziedziczą pierwsze nazwisko po matce, a drugie po ojcu (czasami dziedziczą po dwa nazwiska i w efekcie sami noszą cztery nazwiska)

Islandia: zachował się tu stary skandynawski system nazwisk, co oznacza, że nie występują nazwiska w takim kształcie jak w innych europejskich krajach, lecz tylko nazwiska patronimiczne.

Nazwisko odojcowskie tworzymy poprzez dodanie do imienia ojca końcówki -sson (dla syna) lub -dottir (dla córki). Na przykład syn osoby o nazwisku Jon Einarsson będzie nazywał się Jonsson. W przypadku córki nazwisko będzie brzmiało Jonsdottir.

Niekiedy Islandczycy nadają dzieciom nazwiska matronimiczne (utworzone od imienia matki).

Który model wydaje się Wam najlepszy? Może macie pomysł na zupełnie nowy sposób poradzenia sobie z nazwiskami?

Mapy nieistniejących światów. Historia krain i ziem legendarnych

Nowości, nie tylko te książkowe, zwykle poznaję przez Internet. Zanim okaz trafi w całej swej materialności do moich rąk zwykle wiem już o nim co nieco dzięki ekspresowej elektronicznej informacji.

Tym razem stało się inaczej. Jeszcze chłodne (bo na kredowym papierze) strony najnowszej (choć już nie tak nowej, bo z maja) książki Umberto Eco przed kilkoma momentami wpadły pod moje palce.

„Historia krain i ziem legendarnych”, piórem i okiem Umberto Eco stworzona, lśniła sobie w jednym z zakątków księgarni Feltrinelli, nie budząc niczyjego zainteresowania.

CAM00876

Starając się nie pamiętać ani o „Historii piękna”, ani o „Supermanie w literaturze masowej”, ani o Umbertowej profesurze i sławie, a tym samym z umysłem wypranym z uprzedzeń i oczekiwań spróbowałam zerknąć na tę wiązkę kartek i idei.

Nie powstrzymała mnie przed tym odpychająca obwoluta w przaśno-pastelowych kolorach, choć pewnie gdyby nie wyraźne litery tytułu i nazwisko autora pewnie pozycja ta nie wpadła by dziś w moje ręce.

Tomisko to całkiem grube (niemal 500 stron), ciężkie i (poza okładką) elegancko wydane. Nasycone ilustracjami różnej maści, pachnące klejem, papierem (jeśli wierzyć bardzo małym literkom, których zwykle nikt nie czyta – papierem z ekologicznych włókien z odzysku) i drukarską farbą. Słowa na kredowym papierze są tak śliskie, że można by je zlizywać.

slon

W swoim intelektualnych wędrówkach tym razem Eco podąża śladem wyobrażeń o mitycznych lądach. Zgłębia literackie fantazje o krajach odległych, lepszych i gorszych od rzeczywistych, mieszczących wszystko, czego nasz świat pomieścić nie chce lub nie może.

Dość jednak oględzin i generalizacji – wyjmijmy kilka smakowitych stronic.

Otwierając na chybił trafił wpadam na utopie. Eco wchodzi w różne fantazje o innym, lepszym świecie. Świecie postrzeganym jako niemożliwy („utopia” jako nie-miejsce = miejsce, którego nie ma), a zarazem świecie idealnym, upragnionym, wyczekiwanym („utopia” jako dobre/idealne miejsce , interpretując „u” na początku tego słowa jako greckie „eu”).

Przyglądamy się wyspie Utopia, Miastu Słońca, Nikozji… Najbardziej przerażające wydało mi się Christianopolis, niepokojąco podobne do modelu Panoptikonu:

 chri

Kilkadziesiąt stron dalej różne wizje nieba i piekła zostały przedstawione z dokładną topografią, odbijając i mnożąc wszystko to, co w ludzkim świecie najlepsze lub najgorsze.

Wertując sam początek widzimy antypody – wszystko co odległe, nieznane, krańcowe. Te ziemie, gdzie mieszkają potwory. Krainy, wstępu do których bronią lwy. Miejsca, gdzie skarby czekają, żeby je zabrać, a o wieczną szczęśliwość równie łatwo jak o wieczne potępienie. Słowem wszystko, czego pragniemy i wszystko, czego się boimy.

Eco bada elastyczność ludzkiej wyobraźni, odwieczne marzenie o podróżach i zmianach, inność w jej najbardziej kuszących i najbardziej odpychających postaciach. A przede wszystkim pokazuje jak inne modele rzeczywistości są testowane w fantazjach o odległych światach.leku na kaszel = 35 filiżanek kawy = 4 samolociki z banknotów) wymacałam i wyczytałam ile się dało w księgarniokawiarni i postanowiłam w stanie niewskazującym na naruszenie książkowej nietykalności cielesnej w tym miejscu obiekt pożądania zostawić.

mapaaa

 

Polsko-włoskie lądowanie na Księżycu czyli wyprawa na Etnę

etna2

Na wstępie spieszę przeprosić za kilkudniowe zaniemówienie.

(Jego powodem było oniemienie, a być może nawet syndrom Stendhala. Przypadłość ta, zwana także syndromem florenckim, to rodzaj zaburzeń psychosomatycznych po obejrzeniu zbyt wielu wspaniałości, zabytków i dzieł sztuki.

W skrócie: poświęciłam kilka dni na eksplorowanie i podziwianie Sycylii.)

Ale dziś nie będzie ani o ruchach pędzla, ani o grudkach farby na płótnie, ani o zimnym marmurze. Będzie o ziemi, kamieniach i dziurach. Będzie o Etnie.

Fenicjanie nazywali Etnę słowem „attuna”, które oznacza komin. Komin to w rzeczy samej zacny, bo liczący ponad 3 tysiące metrów.

Sycyliczycy mówią na niego po prostu Góra.

Wyruszyliśmy z Palermo wczesnym popołudniem. W 5 minucie wycieczki, jeszcze w mieście, kierująca pojazdem (czyli małym granatowym szybko poruszającym się czymś) ustąpiła nam pierwszeństwa, po czym ruszyła i uderzyła nas w bok.

Sycylijski wypadek składał się w równych proporcjach z krzyków, przekleństw i trąbienia klaksonów. Potrwał dłuższą nerwową chwilę, po czym każdy odjechał w swoim kierunki. My, pokrzywdzeni, w dodatku ze sprutymi drzwiczkami.

W tak szampańskich humorach ruszyliśmy nadmorską autostradą, pilnując by nie zgubić reszty naszej ekipy jadącej drugim autem. Kiedy skręciliśmy autostradą w głąb lądu wielki błękit nad postrzępionym wybrzeżem zamienił się w falowaną powierzchnię żółtozielonych wzgórz. Mijaliśmy pola oliwek i winorośli, ruiny małych ufortyfikowanych gospodarstw, stada krów i owiec na łagodnych stokach.

Po wczorajszej burzy chmury nadal czaiły się nisko nad górami, oplatając je białymi pierścieniami. Krajobraz zmieniał się płynnie wraz z przejechanymi kilometrami. Pod koniec drogi ściany gór niepokojąco zaczęły przypominać scenerię z filmu Wzgórza mają oczy (nie polecam ? ani filmu, ani jego reminiscencji podczas podróży z prawie pustym bakiem).

Czarny masyw Etny zaczął wyłaniać się powoli i rósł na naszych oczach. Domki Katani rozlewały się od jego podnóża aż do morza, którego rześki błękit majaczył już na linii horyzontu. Zjechaliśmy na mniejsze drogi, a z nich na jeszcze mniejsze i bardziej kręte. Wjeżdżając na wulkan minęliśmy miasteczko Nicolosi.

  • W tym miasteczku wiele budynków zbudowano z lawy wulkanicznej. Spójrzcie na czarny kościółek po lewej – powiedziałam.

  • Dobra, dobra, jedziemy.

Pojechaliśmy dalej. Drzew jakby zaczęło ubywać. Pojawiła się roślinność, której nie widzieliśmy nigdzie indziej (i w rzeczy samej widzieć nie mogliśmy, bo występuje wyłącznie tutaj). Sady i winnice, domki, niewielkie miasteczka – aż do wysokości 1000 metrów nad poziomem morza życie toczyło się jak wszędzie indziej. Wyżej kawałek po kawałku robiło się coraz bardziej pusto.

SONY DSC

Złogi czarnoszarej lawy najpierw widoczne tylko gdzieniegdzie już za chwilę pokrywały całe zbocza. Szorstka skorupiasta powierzchnia przepuszczała coraz mniej małych roślinek. Minęliśmy dach domu, wystający z zastygniętej lawy. Widać było tylko kawałek pustego oczodołu okna i smętnie sterczący komin.

Oglądając po drodze krajobrazy wschodniej Sycylii dotarliśmy na „taras Etny” – najwyżej położony punkt, gdzie można dotrzeć samochodem osobowym. Wyskoczyliśmy samochodu i natychmiast zaczęliśmy ściągać z siebie letnie ubrania. Boso i w majtkach na parkingu włożyliśmy długie spodnie, kurtki, rękawiczki i czapki. Wyglądaliśmy jak banda clownów i tak też postanowiliśmy eksplorować okolice.

Zjedliśmy po dużej porcji makaronu z wczorajszej kolacji i poszliśmy do najbliższego krateru. Zdziwił nas potężny nalot biedronek, które spadały wprost na nas z zimnym powietrzem lub po kilka tkwiły na kamieniach. Później przeczytaliśmy, że silny wiatr przywiewa je tutaj, gdzie nie mają pożywienia ani schronienia, na pewną śmierć.

SONY DSC

Rozbiegliśmy się po czarnej i czerwonej ziemi, braliśmy kamienie i piach w gołe dłonie, przyglądaliśmy się dziwnej powierzchni. Drugi krater położony był w niewielkiej odległości, ale żeby do niego dojść trzeba było brodzić po łydki w grząskiej ziemi i po nozdrza w wulkanicznym pyle.

SONY DSC

Ponury księżycowy krajobraz kontrastował z głębokim błękitem nieba i subtelną bielą chmur. Miasteczka w dole zdawały się być rozrzuconymi klockami. Czubek wulkanu sterczał nad nami osnuty gęstą parą.

SONY DSC

Eksplorowanie kraterów i pobliskich wnęk, skałek, pogórków sprawiło, że nawet ci najbardziej odważni, którzy chcieli zdobyć szczyt zrezygnowali z tego pomysłu. Wjazd kolejką lub jeepami odrzuciliśmy ze względu na zbyt wysoki koszt.

Sesja fotograficzna, spychanie się do kraterów, wspinania, skakanie i wskoczyliśmy z powrotem do samochodów. W międzyczasie mgła zaczęła otaczać nas ze wszystkich stron, a słońce obniżyło się i powoli opadało.

SONY DSC

Zjeżdżaliśmy powoli sycąc się widokami. W pewnym momencie niebo wydawało się być sękaczem, którego warstwy nasączono kolorami. Wysiedliśmy na chwilę na punkcie widokowym i w lekkim chłodzie słuchaliśmy ciszy. Absolutnej. Porażającej. Ciszy.

 etna

Plasterek świeżej poezji: Joanna Lech „Powroty”

 

Joanna Lech polską poetką jest.

Pióro trzyma mocna, aż dłonie się na nim pocą. Coś ją boli, czegoś się boi, coś się czai w jej głowie.

Męczyła się nad „Zapaścią”, krótko potem przyszły „Nawroty”, ale nie można powiedzieć, że „Nic z tego” nie wyszło.

Skonsumujcie sobie kawałek małymi gryzami:

Powroty

 

Pamiętamy jeszcze podróże z przerwami, szmery i kłucie;

spękaną z upału ziemię, pola gnijące od wody. Więc brakowało

w pokoju światła, był śnieg i szadź pełna szczątków roślin.

Ciemne zaspy spadały na okna, sny się wwiercały w podłogę.

Może lubiliśmy takie zabawy; noce na dworcach, zimne nazwy chorób.

Historie proste jak ślady poparzeń. Z włosów kapał deszcz, żarówka pękła,

gdy wypluwaliśmy grudy. Może coś się wykluło i zgniło, kilka blizn

zmieniło się w strupy. Coś rozrosło się w tobie, już są objawy –

glina na rękach, plamy po rdzy. Słowa, które szepcze ktoś obcy,

kiedy nad ranem próbuje przecierać oczy; poszarpany jak mięso

i naostrzony.

 

Na koniec 58 sekund głosu Joanny Lech odczytującej „Agnieszka W. odkręca gaz”: